poniedziałek, 24 lutego 2014

Leap cz. 5 - dobroć Boga i grzeszność człowieka

Nie zamierzam wrzucać tu różnych definicji grzechu i Bożej dobroci - bo jest ich cała masa. Wpis dotyczy przede wszystkim subiektywnych spostrzeżeń opartych na własnym doświadczeniu.

Im dłużej żyję na tym świecie, tym mocniej przekonuję się o tym, jak miłosierny i cierpliwy jest Bóg. Bo to, co zdarza mi się (często) robić, zasługuje na wielką karę. Każda nieczysta myśl, pełne pożądania spojrzenie, każde kłamstwo, każdy niesłuszny wybuch gniewu na kochaną osobę - wszystko to kwalifikuje nas do piekielnego ognia.

Nawet w momencie gdy człowiek przystępuje do Komunii, dostępuje oczyszczenia, doświadcza pojednania ze świętym Bogiem, gdy wraca do ławki i ukradkiem zerka na piękną kobietę siedzącą nieopodal i w jego umyśle pojawiają się różne wyobrażenia - już grzeszy. A minęło kilka sekund. Nie da się uciec od grzesznej natury, od wielkiego magnesu który przyciąga człowieka. No nie ma bata.

Są tacy, którzy uważają, że można wieść święty i bezgrzeszny żywot już tu, na ziemi. Nie zgadzam się z nimi. Człowiek jest zwyczajnie za słaby. Znajdą się tacy, którzy stwierdzą, iż nawrócenie, nowe narodziny nowego Adama sprawiają, iż teraz trzeba raz na zawsze utopić Adama starego i odwrócić się całkowicie od grzechu. Tyle że każda istota ludzka jest kimś w rodzaju alkoholika - nawet jeżeli przyjmie Bożą łaskę, do końca życia będzie mogła o sobie mówić "jestem trzeźwym alkoholikiem". Z tego stanu się nie wychodzi. Nie przestaje się być alkoholikiem. Tak jak nie przestaje się być grzesznikiem. Śmierć Jezusa Chrystusa pozwoliła człowiekowi doświadczyć zbawienia, ale przepaść między Bogiem a człowiekiem pozostała. On - Święty, Wszechmocny. My - grzeszni, upadli, słabi, beznadziejni.

To, że jesteśmy chrześcijanami odkupionymi przez Chrystusa nie czyni nas superbohaterami. Ludzie świadomi tego, iż doświadczają Bożej łaski nie różnią się w zasadzie niczym od tych, którzy Boga mają gdzieś. I jedni, i drudzy pozostają grzesznikami. Jedni i drudzy mają problem z nałogami, kłamstwami, zdradami, pokusami, hipokryzją. Chrześcijanie chcą jednak świadczyć innym o tym, iż oddają Bogu chwałę za zbawienie, którego doświadczyli. Chcą wyznawać swą wiarę. Chcą jak najlepiej poznać Tego, który jest ich ratunkiem.

Ale mimo tego wszystkiego, nadal grzeszą. Nadal dają ciała. Nadal obgadują swoich bliźnich, odwracają wzrok na dziejącą się niesprawiedliwość. Nadal są nieposłuszni swoim rodzicom. Nadal modlą się na pokaz, a w głębi duszy donieśliby władzy zwierzchniej na swojego księdza. Nadal pożądliwie zerkają na żonę swego sąsiada. Takimi są chrześcijanie - pełno w nich grzechu. Pełno nieprawości. Pełno poczucia, że i tak są lepsi od ateistów, od tych nienawróconych.

A jak to będzie ze zbawieniem? Wiemy Wierzymy, iż zbawieni będą ci, którzy uwierzą. Wiara to Boży dar. Człowiek może ten dar przyjąć lub nie. Jak to się odbywa? Tu można by podać wieeeeeele definicji, w zależności od denominacji usłyszelibyśmy co innego. Ale co to znaczy uwierzyć? Uznać Jezusa za Pana i Zbawiciela, który umarł na krzyżu za całą ludzkość. Ale co to znaczy uznać? Zostać ochrzczonym? Dla Lutra był to czynnik decydujący - bo w chrzcie Bóg przyjmuje człowieka do swej własności. Nawrócić się - dla pietystów i ruchu charyzmatycznego to podstawa. Przeżyć chrzest Duchem Świętym i wieść święty żywot? Tak też zdają się twierdzić jeszcze inni chrześcijanie. Osiąganie zbawienia dla wielu chrześcijan będzie związane z czymś innym. Kto ma ten dobry model? Kto ma rację? Jak to będzie?

Prawdę mówiąc, nie wiem. I chyba nie chcę wiedzieć. Wiem jedno - na pewno nie zasługuję na to, by Bóg się nade mną zmiłował. Bo kiedy przepraszam Go za swoje grzechy, kiedy spowiadam się w kościele, kiedy przepraszam ludzi wokół za to, co złego im zrobiłem, gdy doświadczam pojednania z Chrystusem we Wieczerzy Pańskiej - to i tak pozostaję grzesznikiem, i tak za chwilę znowu czymś zgrzeszę - czy to myślą, mową, czy uczynkiem lub zaniedbaniem. Co wtedy? Co, jeśli zgrzeszę, a w sekundę później umrę na zawał, nie pojednawszy się z Bogiem, nie przeprosiwszy Go za mój grzech? Czy czeka mnie piekło?

Nie wiem. Pozostaje mi wierzyć w Boże zmiłowanie. W Jego łaskę, która objęła cały świat. Bo ja wierzę - tyle że moja wiara jest słaba. Moje życie jest w wielu aspektach daremne i pełne zakłamania. Mimo, że są tacy, których inspiruję, to wiem, iż wielu ludzi żyjących wokół mnie nie lubi mojej hipokryzji, często zbyt wysoko zadartego nosa. Daję ciała w relacjach międzyludzkich, życiu studenckim, służbie w Kościele. Zawodzę. Nie wiodę doskonałego żywota, z moich ust wychodzi wiele nieprzyzwoitych słów. Moje myśli są niezwykle zbrukane. Co zrobi ze mną Bóg, w którego wierzę, którego kocham, ale którego zawodzę niemal w każdej sekundzie swojego życia?

Trzymam się nadziei, iż mimo mojej beznadziejności zostanie mi udzielona sprawiedliwość Chrystusa. Wierzę, że w momencie sądu stanie za moimi plecami i przyzna się do mnie - mimo, że tak często się Go zapieram. Chciałbym też, by zrobił to w stosunku do moich bliskich, przyjaciół, znajomych. Również łaską objął tych, którzy byli słabi, nie poradzili sobie sami ze swoim życiem, których potępili ludzie, ale których Bóg jest w stanie usprawiedliwić. Kto wie, jak to będzie? Boża sprawiedliwość, Boża dobroć oraz Boże miłosierdzie wymyka się ludzkiemu rozumieniu oraz ziemskim kryteriom.

Są noce, gdy nie mogę spać (tak jak dzisiaj). Zadaję sobie wtedy pytania - a co np. z Hitlerem, Stalinem? Wydaje się, że oni przecież na pewno pójdą do piekła. Co jednak jeżeli przed śmiercią ruszyło ich sumienie i błagali Boga o przebaczenie? Przecież w luteranizmie nie ma rozróżnienia na grzechy mniejsze i większe. Grzech to grzech. Zabójstwo 22 tys. polskich oficerów jest takim samym przestąpieniem Bożego przykazania jak kłamstwo wobec swojego rodzica.

To wszystko tym mocniej przypomina mi, żeby nie potępiać tych, którzy żyją wokół mnie. Nie sądzić, nie oceniać. Ale jeżeli coś w moim odczuciu jest nie tak - zwrócić na to uwagę, napomnieć w duchu miłości (swoją drogą, piękny slogan). Nie zapominać jednak, iż jestem dokładnie takim samym grzesznikiem jak moja siostra lub brat. I tak samo jak ona i on potrzebuję Bożego zmiłowania. Tak samo potrzebuję napomnienia, ciągłego poszukiwania Bożej woli. Patrzmy na innych z miłością, bez świętego gniewu. Obym ja też starał się to robić.

sobota, 1 lutego 2014

more than fine

Zauważam, że im więcej się dzieje, tym mniej piszę. Dziwi mnie to - bo materiału do opisywania mam całkiem sporo. Wygląda na to, iż to po prostu brak czasu (bądź też umiejętnego jego rozplanowania) bierze górę. No nic. Czas na drugi wpis w tym 2014 roku - póki co bardzo dobrym roku.

Kilka myśli dotyczących minionego semestru i sesji: czasem pisanie kazania przypomina proces twórczy Mozarta (myśli przychodzą niemal automatycznie, słów jest tyle ile ma być, czuje się moc, spływającą niebiańską łaskę), a czasem udziela się nastrój Salieriego (brakuje pomysłu, nie da się połączyć słów w jedną całość, nie jest to przyjemne, człowiek zmaga się z tekstem i brakiem własnej inwencji. A wychodząc na ambonę nieustannie powtarza: "Boże, to jest totalna chała. Dałem ciała. Dopomóż, prowadź swe Słowo mocniej niż zwykle, uczyń te marne wypociny swym przesłaniem"). W trakcie tego semestru przeżyłem i jedno, i drugie. Dodatkowo przekonałem się, iż nie zawsze da się odpowiedzieć na wszystkie swoje pytania dotyczące tekstu kazalnego. Czasem zostawia się wątpliwości, stawia się pytania bez odpowiedzi. Bo kaznodzieja nie ma monopolu na prawdę. Sam zmaga się z Pismem Świętym. I sam oczekuje na pracę Ducha Świętego, po raz kolejny pokornie przyznając "nie pozjadałem wszystkich rozumów, nie byłem w stanie satysfakcjonująco zinterpretować tego fragmentu...".

Czasem dziedziny, które napawają niepokojem bądź niezrozumieniem (w moim przypadku filozofia religii) okazują się w bliskim spotkaniu czymś niezwykle inspirującym. Spojrzenie na religię z dystansem potrafi wiele rzeczy uświadomić. A gdy przekonuje się, iż religia to istotnie poczucie bezwarunkowej zależności od transcendentnego (czyli pochodzącego nie z tego świata, całkowicie innego od nas, pozaświatowego) Boga, nabywa pokory i zbożnego lęku przed Jego świętym majestatem. Ale kiedy okazuje się, iż ten odległy, święty, doskonały Bóg z własnej woli przemawia do człowieka, chce, by ten doświadczył Jego obecności, doznał Jego objawienia, ujrzał życiową moc bezgranicznego poświęcenia Jezusa Chrystusa - poczucie zależności przeradza się we wdzięczność oraz tęsknotę do przeżywania stanu bliskości, stanu bycia w Bożych bezpiecznych ramionach. Wiara w Boga jest czymś irracjonalnym - to oczywiste. Ale w moim odczuciu to właśnie ta irracjonalna wiara daje oparcie człowiekowi zarówno w dobrych, jak i złych chwilach. Inne systemy filozoficzne powstają, upadają, na chwilę rozjaśniają wątpliwości, by potem znów nie satysfakcjonować. Wierzę, że uniwersalne przesłanie chrześcijaństwa, niezmienne od 2000 lat mimo tego, iż nie da się naukowo udowodnić jego prawdziwości, potrafi postawić fundament pod nogami słabego, uwikłanego w swą egzystencję, człowieka.

Po raz kolejny przekonałem się, iż warto poświęcić czas na lekturę książek, skryptów, warto siedzieć na łóżku i w milczeniu wczytywać się w kolejne opisy poszczególnych wyznań chrześcijańskich, poglądy danych filozofów - warto w siebie inwestować, warto szukać impulsów, które mogą być motywacją i inspiracją dla własnych przemyśleń, wskazówką w duchowej drodze. Wierzę, iż poprzez te informacje Bóg również potrafi przemawiać do ludzi. Fajnie, że potem o tej wiedzy można z wykładowcami i kolegami wartościowo i treściwie dyskutować. Fajnie, że ta wiedza zostaje na tyle, żeby potem z egzaminu wyjść z satysfakcjonującą oceną ;)

Cieszę się, iż tą radością mogę dzielić się z innymi. Jestem im wdzięczny, że wspierają mnie modlitwami i ciepłymi słowami. To ważne, dodatkowo napędza, kolejny pozytywny bodziec do nauki.

Jest dobrze. A nawet więcej niż dobrze :)

P.S. Muzyka po raz kolejny okazała się bardzo inspirująca. Pod jej wpływem mam już kilka pomysłów na kazania przy okazji świąt wielkanocnych...