Im dłużej żyję na tym świecie, tym mocniej przekonuję się o tym, jak miłosierny i cierpliwy jest Bóg. Bo to, co zdarza mi się (często) robić, zasługuje na wielką karę. Każda nieczysta myśl, pełne pożądania spojrzenie, każde kłamstwo, każdy niesłuszny wybuch gniewu na kochaną osobę - wszystko to kwalifikuje nas do piekielnego ognia.
Nawet w momencie gdy człowiek przystępuje do Komunii, dostępuje oczyszczenia, doświadcza pojednania ze świętym Bogiem, gdy wraca do ławki i ukradkiem zerka na piękną kobietę siedzącą nieopodal i w jego umyśle pojawiają się różne wyobrażenia - już grzeszy. A minęło kilka sekund. Nie da się uciec od grzesznej natury, od wielkiego magnesu który przyciąga człowieka. No nie ma bata.
Są tacy, którzy uważają, że można wieść święty i bezgrzeszny żywot już tu, na ziemi. Nie zgadzam się z nimi. Człowiek jest zwyczajnie za słaby. Znajdą się tacy, którzy stwierdzą, iż nawrócenie, nowe narodziny nowego Adama sprawiają, iż teraz trzeba raz na zawsze utopić Adama starego i odwrócić się całkowicie od grzechu. Tyle że każda istota ludzka jest kimś w rodzaju alkoholika - nawet jeżeli przyjmie Bożą łaskę, do końca życia będzie mogła o sobie mówić "jestem trzeźwym alkoholikiem". Z tego stanu się nie wychodzi. Nie przestaje się być alkoholikiem. Tak jak nie przestaje się być grzesznikiem. Śmierć Jezusa Chrystusa pozwoliła człowiekowi doświadczyć zbawienia, ale przepaść między Bogiem a człowiekiem pozostała. On - Święty, Wszechmocny. My - grzeszni, upadli, słabi, beznadziejni.
To, że jesteśmy chrześcijanami odkupionymi przez Chrystusa nie czyni nas superbohaterami. Ludzie świadomi tego, iż doświadczają Bożej łaski nie różnią się w zasadzie niczym od tych, którzy Boga mają gdzieś. I jedni, i drudzy pozostają grzesznikami. Jedni i drudzy mają problem z nałogami, kłamstwami, zdradami, pokusami, hipokryzją. Chrześcijanie chcą jednak świadczyć innym o tym, iż oddają Bogu chwałę za zbawienie, którego doświadczyli. Chcą wyznawać swą wiarę. Chcą jak najlepiej poznać Tego, który jest ich ratunkiem.
Ale mimo tego wszystkiego, nadal grzeszą. Nadal dają ciała. Nadal obgadują swoich bliźnich, odwracają wzrok na dziejącą się niesprawiedliwość. Nadal są nieposłuszni swoim rodzicom. Nadal modlą się na pokaz, a w głębi duszy donieśliby władzy zwierzchniej na swojego księdza. Nadal pożądliwie zerkają na żonę swego sąsiada. Takimi są chrześcijanie - pełno w nich grzechu. Pełno nieprawości. Pełno poczucia, że i tak są lepsi od ateistów, od tych nienawróconych.
A jak to będzie ze zbawieniem?
Prawdę mówiąc, nie wiem. I chyba nie chcę wiedzieć. Wiem jedno - na pewno nie zasługuję na to, by Bóg się nade mną zmiłował. Bo kiedy przepraszam Go za swoje grzechy, kiedy spowiadam się w kościele, kiedy przepraszam ludzi wokół za to, co złego im zrobiłem, gdy doświadczam pojednania z Chrystusem we Wieczerzy Pańskiej - to i tak pozostaję grzesznikiem, i tak za chwilę znowu czymś zgrzeszę - czy to myślą, mową, czy uczynkiem lub zaniedbaniem. Co wtedy? Co, jeśli zgrzeszę, a w sekundę później umrę na zawał, nie pojednawszy się z Bogiem, nie przeprosiwszy Go za mój grzech? Czy czeka mnie piekło?
Nie wiem. Pozostaje mi wierzyć w Boże zmiłowanie. W Jego łaskę, która objęła cały świat. Bo ja wierzę - tyle że moja wiara jest słaba. Moje życie jest w wielu aspektach daremne i pełne zakłamania. Mimo, że są tacy, których inspiruję, to wiem, iż wielu ludzi żyjących wokół mnie nie lubi mojej hipokryzji, często zbyt wysoko zadartego nosa. Daję ciała w relacjach międzyludzkich, życiu studenckim, służbie w Kościele. Zawodzę. Nie wiodę doskonałego żywota, z moich ust wychodzi wiele nieprzyzwoitych słów. Moje myśli są niezwykle zbrukane. Co zrobi ze mną Bóg, w którego wierzę, którego kocham, ale którego zawodzę niemal w każdej sekundzie swojego życia?
Trzymam się nadziei, iż mimo mojej beznadziejności zostanie mi udzielona sprawiedliwość Chrystusa. Wierzę, że w momencie sądu stanie za moimi plecami i przyzna się do mnie - mimo, że tak często się Go zapieram. Chciałbym też, by zrobił to w stosunku do moich bliskich, przyjaciół, znajomych. Również łaską objął tych, którzy byli słabi, nie poradzili sobie sami ze swoim życiem, których potępili ludzie, ale których Bóg jest w stanie usprawiedliwić. Kto wie, jak to będzie? Boża sprawiedliwość, Boża dobroć oraz Boże miłosierdzie wymyka się ludzkiemu rozumieniu oraz ziemskim kryteriom.
Są noce, gdy nie mogę spać (tak jak dzisiaj). Zadaję sobie wtedy pytania - a co np. z Hitlerem, Stalinem? Wydaje się, że oni przecież na pewno pójdą do piekła. Co jednak jeżeli przed śmiercią ruszyło ich sumienie i błagali Boga o przebaczenie? Przecież w luteranizmie nie ma rozróżnienia na grzechy mniejsze i większe. Grzech to grzech. Zabójstwo 22 tys. polskich oficerów jest takim samym przestąpieniem Bożego przykazania jak kłamstwo wobec swojego rodzica.
To wszystko tym mocniej przypomina mi, żeby nie potępiać tych, którzy żyją wokół mnie. Nie sądzić, nie oceniać. Ale jeżeli coś w moim odczuciu jest nie tak - zwrócić na to uwagę, napomnieć w duchu miłości (swoją drogą, piękny slogan). Nie zapominać jednak, iż jestem dokładnie takim samym grzesznikiem jak moja siostra lub brat. I tak samo jak ona i on potrzebuję Bożego zmiłowania. Tak samo potrzebuję napomnienia, ciągłego poszukiwania Bożej woli. Patrzmy na innych z miłością, bez świętego gniewu. Obym ja też starał się to robić.