niedziela, 14 listopada 2010

Golden

Wpis dedykowany N.

Siedziałem dzisiaj w kościele, użalałem się nad sobą, słuchałem Etiopczyka, który zwiastował dzisiaj Boże Słowo w swoim ojczystym języku (swoją drogą, niesamowite doświadczenie. Również fajnie było z nim posiedzieć przy stole;)). Ot, normalne nabożeństwo, normalne moje zachowanie w trakcie kazania. I w pewnym momencie przyszło do mnie jakieś oświecenie. Dodam tu, że często podczas zupełnie niewinnych sytuacji, błahych momentów przychodzą mi do głowy świetne (subiektywnie mówiąc) pomysły na jakieś rozważanie, spotkanie itd. itp. Tym razem napotkałem refleksję, za którą jestem wdzięczny Panu Bogu. A to, że jest ona związana i ze Switchfootem, i z Lutrem, i z New Life M., to już świadczy o tym, jak potrzebna była ta myśl, jak aktualna i uniwersalna okazała się zarazem.

Zapominamy o tym, że jesteśmy zbawieni. Zapominamy o tym, że czeka nas wspaniała przyszłość w niebie. Zapominamy o tym, że Pan Bóg szykuje dla nas coś, co przerośnie w swojej wspaniałości wszystko, co dotychczas widzieliśmy, przeżyliśmy bądź jeszcze doświadczymy. Zapominamy o tym, że wszystkie nasze ziemskie problemy i troski nie mają wpływu na naszą cudowną przyszłość z Ojcem. Zdaję sobie sprawę, że generalizuję, ale czy tak nie jest? I skąd się to bierze? Dlaczego tak bardzo troszczymy się o nasze problemy? Dlaczego tak wiele nas to kosztuje (stresu, nerwów, emocji, łez i wątpliwości)? Dlaczego mamy problem, żeby w pełni oddać wszystkie zmartwienia w Boże ręce? Dlaczego tak trudno jest nam Mu zaufać? Dlaczego nasza wiara i nadzieja nie mogą być naiwne (ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu)? Dlaczego nie trzymamy się tego, że jesteśmy zbawieni, jesteśmy Jego dziećmi i On ma nad naszym życiem kontrolę? Dlaczego nie umiemy w codziennym życiu cieszyć się na całą wieczność w niebie? Czy jest to dla nas zbyt abstrakcyjne? A może po prostu nie umiemy się tym cieszyć, będzie szkoda nam tego wszystkiego, co mamy tu, na ziemi?

A przecież w niebie nie będzie śmierci, nie będzie grzechu, nie będzie łez... ulice będą ze złota, a nasza wieczna egzystencja będzie polegała na uwielbianiu Boga. Czyżby nie było to nic fajnego, że umartwiamy się w naszej codzienności? Nie wiem. Dużo pytań, mało odpowiedzi. Staram się wierzyć w jedno - dla Boga jesteśmy drodzy i cenni. On nas kocha. Jesteśmy Jego dziećmi. Jesteśmy dziećmi najpotężniejszego absolutu na świecie. Czyż to nie wspaniałe? Luter w momentach największego zwątpienia mówił "Jestem ochrzczony". Inaczej mówiąc - jestem zbawiony. No właśnie. Czego nam jeszcze potrzeba? Czy w ogóle potrafimy się radować w Panu? Przecież On ciągle jest blisko nas, a my tęsknimy za Jego duchem. Czyli jednak! Ale dlaczego tak rzadko się na Nim skupiamy?

You are golden.