piątek, 20 lipca 2012

It's getting started! Zaczyna się!

Ostatnie chwile ciszy. Dosłownie!
Ostatnie chwile spokoju. I to nie tylko dlatego, że w niedzielę wracają rodzice.
Ostatnie chwile mówienia tylko i wyłącznie po polsku. Rany, jak ja się przestawię na angielski? 
Ostatnie chwile samotności. O, to akurat uznaję za zmianę na plus :P
Ostatnia noc, która pozwoli się wyspać. 

Hm, ciekawe. Dominuje tu słowo "ostatni" - jeszcze przed rozpoczęciem obozu. Wolę w tę stronę ;)

Dla niewtajemniczonych - od poniedziałku gromadka (dokładnie ok. 60) uroczych, przekochanych, niezwykle grzecznych i ułożonych dzieci w wieku podstawówkowym zwali się na głowę 16 Amerykanom i 13 Polakom. I przy okazji mnie - bossowi Jawornik English Camp 2012. 

Będzie czas zabaw, gier, mówienia po angielsku, śpiewania piosenek, słuchania historii biblijnych, czas ochrzaniania za bycie niegrzecznym (no bo powiedzmy sobie szczerze - dzieci mają to do siebie, że nie słuchają dorosłych :P), czas integracji, śmiechu, wzrastania w wierze. Czas, który zwykle bywał niezapomniany i kojarzył się niesamowicie. Jak będzie teraz?

Czy Amerykanie dotrą bezpiecznie do Jawornika?
Czy potem dojadą do nich polscy opiekunowie?
Czy stworzymy jeden zgodny team?
Czy dzieciaki poczują się jak u siebie?
Czy będziemy umieli się z nimi dogadać?
Czy i tym razem obejdzie się bez wypadków?
Czy dopisze pogoda?
Czy podołam(y)?
Czy Pan Bóg odbierze sobie z tego chwałę?
Czy wszystkie nasze pomysły wypalą?

Proszę was o modlitwy. Bez tego nie ruszymy. 


środa, 18 lipca 2012

lubię to

Widok dzieci biegnących w stronę swoich rodziców po to, by się do nich przytulić i okazać w ten sposób miłość. Lubię to.
Rzucanie frisbee w ciepłym, letnim deszczu. Lubię to.
Siedzenie wieczorem, gdybanie, dumanie, filozofowanie nad własnym i cudzym losem. Lubię to.
Oglądanie "O północy w Paryżu" i utożsamianie się z głównym bohaterem. Lubię to.
Oczekiwanie na obóz. Lubię to.

To tylko skrawek tego, czemu w ostatnim czasie mógłbym dać lajka. Wydaje mi się, że ostatnio łatwiej znajdować mi pozytywy niż negatywy - co jak na mnie jest sporym osiągnięciem. Robienie kolejnych kroków naprzód, uświadamianie sobie tego, iż przeszłość mogła mieć jakiś cel, mogła do czegoś prowadzić, nie była bezcelowa - to wszystko daje coś wartościowego.

Niemniej jednak zawsze musi być jakieś ale. Tym razem dotyczy osławionej, tak często wspominanej Bożej woli. Mówi się, że by ją poznać, należy czytać Biblię i być otwartym na Jego głos. Niedługo potem (to taki książkowy przykład) Biblia otwiera się w jakimś konkretnym miejscu i należy to interpretować jako Boży znak. Albo osoba, która nie ma o całej sytuacji pojęcia, przychodzi z jakimś konkretnym wersetem. Albo w "Z Biblią na co dzień" pojawia się słowo, które doskonale pasuje do tego, przez co teraz się przechodzi. Znacie to? Doświadczyliście tego? A może słyszeliście takie opowieści? Ja poznałem ich już sporo. I wciąż jestem wobec tego sceptyczny. Ot tak. Mówi się, że przypadek to pseudonim Pana Boga. Ale czy z drugiej strony nie da się naciągnąć pewnych okoliczności lub zdarzeń do stwierdzenia, iż to interwencja/głos Boży? A co z naszym rozumem, który dostaliśmy od Stwórcy?

Hm, chyba wracam do formy, bo znowu stawiam kupę pytań. Dodatkowo mogą wydać się obrazoburcze dla konserwatywnych, świadomie wierzących osób (podkreślenie celowe). Tak samo, jak moje słowa o tym, iż świadectwa innych, świadomie wierzących osób mnie nie ruszają. Debata z cyklu "jak nie zachwyca, skoro zachwyca!". Ktoś inny woli świadectwo, ktoś inny kazanie, a ktoś inny wyjątkowo przeżywa liturgię. W końcu Kościół to zbiór ludzi, którzy są od siebie diametralnie inni i każdy ma prawo znaleźć coś dla siebie.

Jedna rzecz tylko nie daje mi spokoju - podkreślanie terminowości/momentu nawrócenia. Jak zwykle jestem przewrażliwiony, ale czy to, że nie miałem owego momentu "kiedy padłem na kolana/podniosłem rękę/wyszedłem do przodu/powiedziałem w sercu swoim" (wybrać odpowiednią sytuację) sprawia, że nie jestem nawróconym, świadomie wierzącym człowiekiem? To, że w moim wypadku był to proces, który nie wiązał się z żadnym Bożym głosem wewnątrz, żadnym abstrakcyjnym poczuciem pokoju w moim sercu, żadną olbrzymią radością i ochotą do tego, by od dzisiaj głosić innym Ewangelię i opowiadać im o Jezusie, sprawia, że coś ze mną nie tak? Że nie można mnie nazwać świadomie wierzącym chrześcijaninem? Ciekawi mnie to, skąd tak łatwo przychodzi nam szufladkowanie ludzi - ten jest wierzący, a ten nie. Ten żyje z Panem, a ten jeszcze jest nienawrócony. Ty nie jesteś nawrócony bo to, tamto i owamto. Musisz zrobić to, to i to. Mnie przypomina to momentami zabawę w Pana Boga.

Żałuję tylko jednego - że tego typu dyskusje zawsze prowadzone są w złym momencie - w pośpiechu, w niesprzyjających okolicznościach. I potem łatwo jest opacznie zinterpretować czyjeś słowa, odnieść mylne wrażenie. I wyrobić sobie opinię o kimś. Opinię niewłaściwą.

niedziela, 15 lipca 2012

dać się zaskoczyć

TE Dzięgielów 2012 to już historia.

Ale za to wyjątkowo fajna i pozytywna historia. Jechałem tam z mieszanymi uczuciami, z obawami, jakoś tak nie byłem mentalnie przygotowany i gotowy na 9 dni pośród ludzi, w miejscu, gdzie tematyka duchowości będzie na pierwszym miejscu. Czasem po prostu są chwile, momenty, gdy człowiek chciałby uciec i pobyć ze sobą sam na sam.

Jak się jednak okazuje, Pan Bóg doskonale wie, co dla człowieka jest najlepsze. Wyjście między ludzi, okazja żeby śpiewać na Bożą chwałę, czas spędzony z tymi bliższymi - lepiej znanymi (dziękuję wam, CMoki) i tymi nieco mniej (moja grupo - thx) był mi bardzo potrzebny. I im dłużej tydzień trwał, tym lepiej się na nim czułem. Wyłączając zmęczenie, które w ostatnim dniu bardzo mocno dokuczało, był to niezwykle pozytywny czas.

Nie oznacza to, że znam odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Nie skutkuje to tym, że nagle moje życie zmieniło się o 180 stopni. Czuję, że na taką zmianę nie ma szans. A przy okazji - potrzeby. Znaki zapytania nie znikają, może po prostu poszerza się perspektywa patrzenia na te pytajniki.

Czas teraz się zregenerować, bo od soboty zaczynamy znowu szaleństwo, tym razem na Jawornik English Camp 2012. Oby było tak samo jak na TE, albo i lepiej!

środa, 4 lipca 2012

Pieśń o spustoszeniu żołądka

(ostrzegam - pieśniarz ze mnie wyjątkowo kiepski, dodatkowo cierpiący na dolegliwości żołądkowe. Więc wybaczcie "formę")

Żołądek w kiepskim jest stanie - jasna to rzecz
cóż pocznie, jeśliś, drogi właścicielu, katował go fast-foodów masą?
Mać twa powtarzała: "Przyjdzie jeszcze czas nieszczęsny ten
Gdy upomni się on o prawa swe!"
I jak to mać - rację owąż miała.

Natenczas onegdaj, z próby w zbożu wracając
począł ów bohater odgłosy pierwsze wydawać
niczym młody koń wędzidła pozbawiony
"Szykuje się zabawna noc" - rzekł głupiec w sercu swoim.
I jak imć pomyślał, takowoż też stać się miało.

Słowem do rodzicieli się nie odezwawszy
pomknął do bram łazienki
(dawniej wychodkiem zwanej)
tam dokonać się miał
wieczoru akt najstraszniejszy

23.55.
To, co zwykle wewnątrz
zewnętrzne uroki świata poznać zapragnęło
i niczym Tatarów armia
hulać poczęło na wodach dotąd nieznanych

Swoiste deja vu
przyszło przeżyć 8 kwadransów później
gdy kolejne pokolenie odkryło
iż oni nie widzieli przecie nic co zewnętrzne.
Z hasłem "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma" na usty, nawałnica ruszyła

I tak minął dziś poranek i wieczór, dzień 5.
Dzień do dnia podobny - z tym samym bólem tępym
a gdy na horyzoncie
wyjątkowo nie burzliwym, lecz spokojnym. Nie sztormowym, lecz cichym
zabłysła nadzieja - głupiec głupią ręką po głupią pizzę głupio sięgnąć się odważył.

Epilog przygody tej taki:
radykalnych postanowień nadszedł przykry czas.
Pepsi, M(a)Com, Kejefom, Pizza Hutom
należy dziś farewell powiedzieć
i uczyniwszy to, gorzko zapłakać.