Widok dzieci biegnących w stronę swoich rodziców po to, by się do nich przytulić i okazać w ten sposób miłość. Lubię to.
Rzucanie frisbee w ciepłym, letnim deszczu. Lubię to.
Siedzenie wieczorem, gdybanie, dumanie, filozofowanie nad własnym i cudzym losem. Lubię to.
Oglądanie "O północy w Paryżu" i utożsamianie się z głównym bohaterem. Lubię to.
Oczekiwanie na obóz. Lubię to.
To tylko skrawek tego, czemu w ostatnim czasie mógłbym dać lajka. Wydaje mi się, że ostatnio łatwiej znajdować mi pozytywy niż negatywy - co jak na mnie jest sporym osiągnięciem. Robienie kolejnych kroków naprzód, uświadamianie sobie tego, iż przeszłość mogła mieć jakiś cel, mogła do czegoś prowadzić, nie była bezcelowa - to wszystko daje coś wartościowego.
Niemniej jednak zawsze musi być jakieś ale. Tym razem dotyczy osławionej, tak często wspominanej Bożej woli. Mówi się, że by ją poznać, należy czytać Biblię i być otwartym na Jego głos. Niedługo potem (to taki książkowy przykład) Biblia otwiera się w jakimś konkretnym miejscu i należy to interpretować jako Boży znak. Albo osoba, która nie ma o całej sytuacji pojęcia, przychodzi z jakimś konkretnym wersetem. Albo w "Z Biblią na co dzień" pojawia się słowo, które doskonale pasuje do tego, przez co teraz się przechodzi. Znacie to? Doświadczyliście tego? A może słyszeliście takie opowieści? Ja poznałem ich już sporo. I wciąż jestem wobec tego sceptyczny. Ot tak. Mówi się, że przypadek to pseudonim Pana Boga. Ale czy z drugiej strony nie da się naciągnąć pewnych okoliczności lub zdarzeń do stwierdzenia, iż to interwencja/głos Boży? A co z naszym rozumem, który dostaliśmy od Stwórcy?
Hm, chyba wracam do formy, bo znowu stawiam kupę pytań. Dodatkowo mogą wydać się obrazoburcze dla
konserwatywnych, świadomie wierzących osób (podkreślenie celowe). Tak samo, jak moje słowa o tym, iż świadectwa innych, świadomie wierzących osób mnie nie ruszają. Debata z cyklu "jak nie zachwyca, skoro zachwyca!". Ktoś inny woli świadectwo, ktoś inny kazanie, a ktoś inny wyjątkowo przeżywa liturgię. W końcu Kościół to zbiór ludzi, którzy są od siebie diametralnie inni i każdy ma prawo znaleźć coś dla siebie.
Jedna rzecz tylko nie daje mi spokoju - podkreślanie terminowości/momentu nawrócenia. Jak zwykle jestem przewrażliwiony, ale czy to, że nie miałem owego momentu "kiedy padłem na kolana/podniosłem rękę/wyszedłem do przodu/powiedziałem w sercu swoim" (wybrać odpowiednią sytuację) sprawia, że nie jestem
nawróconym, świadomie wierzącym człowiekiem? To, że w moim wypadku był to proces, który nie wiązał się z żadnym Bożym głosem wewnątrz, żadnym abstrakcyjnym poczuciem pokoju w moim sercu, żadną olbrzymią radością i ochotą do tego, by od dzisiaj głosić innym Ewangelię i opowiadać im o Jezusie, sprawia, że coś ze mną nie tak? Że nie można mnie nazwać
świadomie wierzącym chrześcijaninem? Ciekawi mnie to, skąd tak łatwo przychodzi nam szufladkowanie ludzi - ten jest wierzący, a ten nie. Ten żyje z Panem, a ten jeszcze jest nienawrócony. Ty nie jesteś nawrócony bo to, tamto i owamto. Musisz zrobić to, to i to. Mnie przypomina to momentami zabawę w Pana Boga.
Żałuję tylko jednego - że tego typu dyskusje zawsze prowadzone są w złym momencie - w pośpiechu, w niesprzyjających okolicznościach. I potem łatwo jest opacznie zinterpretować czyjeś słowa, odnieść mylne wrażenie. I wyrobić sobie opinię o kimś. Opinię niewłaściwą.