W ostatnim czasie wiele rzeczy, na których polegałem, z którymi byłem bardzo związany, zawiodło mnie. Okazało się, że mogę się boleśnie przejechać na tym, w czym pokładam zaufanie. Choć w sumie nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - mogłem wyciągnąć parę owocnych wniosków.
Ludzie zawodzą.
Rzeczy martwe zawodzą jeszcze częściej.
Nawet Barcelona daje ciała i zawodzi.
Moje ciało, na którym mogłem zawsze polegać, ostatnio zaczęło wydawać sygnały ostrzegawcze.
Nie mówiąc już o umyśle i pamięci.
Czy to oznacza, że mam przestać ufać ludziom, polegać na własnych siłach i umyśle? Nie. Wciąż daleki jestem od salomonowego stwierdzenia, iż wszystko jest marnością. Ale jak już to przyznałem - upadek z wysokiego konia boli wyjątkowo mocno. A czuję, iż niektóre działki mojego życia zaczynają sięgać coraz to wyżej. I boję się spaść.
Czy to oznacza, że mam się poddać i zaniechać wszystkiego, co robię, co prowadzi mnie (staram się w to wierzyć) do jakiegoś tam nadrzędnego celu? Myślę, że nie. Może po prostu czas wreszcie przyznać (wbrew ambicji, dumie i przesadnej pewności siebie), że jestem zwyczajnie słaby. Mały. Może czas na uświadomienie sobie, że nie przepchnę pewnych ścian w moim życiu sam. Bo prędzej padnę niż osiągnę sukces.
Może to moment, by paść. I zostać przez Niego podniesionym. Następnie zostać przez Niego pokrzepionym i "iść w mocy" tego pokrzepienia dalej. Bo jak wiemy, pełnia mocy Bożej okazuje się w naszej słabości.
Z pozytywów: przez weekend uczestniczyłem w kursie wychowawców wypoczynku. I muszę stwierdzić, że już dawno nie brałem udziału w tak wartościowym przeszkoleniu. Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam naszego prowadzącego, pana Mirosława Flisa. Robi on naprawdę świetną robotę. Do tego jest ciepłym i sympatycznym człowiekiem, któremu zależy na tym, by wychowawcami zostawali ludzie odpowiedzialni, zorganizowani i świadomi tego, czego się podejmują. Wiem, że bardzo na tym kursie skorzystałem, wiele sobie uświadomiłem.
A co fajniejsze i pozytywniejsze - oprócz tego spędziłem czas z naprawdę fajnymi ludźmi. Niektórych znałem i mogłem odnowić kontakt, innych poznałem i mogłem poszerzyć grono swoich znajomych. A że było śmiesznie, ciekawie, nie nudziliśmy się - uśmiech gościł nawet często na mojej twarzy.
"Yhm, yhm" - i tyle w tym temacie :P
Tak więc - zachęcam! - bierzcie udział w kursach dla wychowawców wypoczynku ;)
Zastanawiałem się, kiedy nadejdzie odpowiednia okazja, by popełnić tekst opisujący moją miłość (owszem, nie boję się użyć tego słowa w tym kontekście) do FC Barcelony. Myślę, że takowa sposobność właśnie nadeszła.
Dlaczego? Być może właśnie dziś obserwowaliśmy zmierzch drużyny, która (jak powiedzą serdecznie pozdrawiani przeze mnie hejterzy) "dzięki wydatnej pomocy sędziów" zdobyła w ciągu 3 lat 13 trofeów. Żeby było jasne - nie zgadzam się z tą opinią. Ale hejterzy mają to do siebie, że nie potrafią być obiektywni, a swoje życie napędzają nienawiścią. Najczęściej do tych, którzy są na szczycie. I osobiście uważam, że najlepszą odpowiedzią na złośliwości, docinki hejterów może być prosta - acz szczera - historia małego studenta, niesamowicie rozgoryczonego dzisiejszą postawą swojej ukochanej drużyny Kaczorka.
Wszystko zaczęło się 14 maja 1997 roku podczas transmisji z finału Pucharu Zdobywców Pucharów. W 37 minucie Ronaldo (ten oryginalny, prawdziwy i brazylijski) z rzutu karnego daje Barcelonie prowadzenie - a w konsekwencji zwycięstwo na stadionie w Rotterdamie. To moje pierwsze piłkarskie wspomnienie w życiu. I cieszę się, że jest właśnie związane z nią. Z Dumą Katalonii.
Trzeba również przyznać, że predyspozycje do kibicowania Barcy miałem w rodzinie - zarówno mój brat, jak i dwóch starszych kuzynów (serdecznie was pozdrawiam) byli emocjonalnie związani z Barceloną. Od małego przekonywali mnie, że to właśnie ekipa z Camp Nou posiada swój niepowtarzalny styl, który warto podziwiać i któremu warto być wiernym. Można powiedzieć, że nie miałem wielkiego wyboru. Ale dziś, z perspektywy czasu, wiem, że rzeczywiście Blaugrana ma to "coś". I wiem, co.
Swego czasu twierdziłem, że Barcelona jest moją największą miłością. Ta opinia na przestrzeni lat trochę się zmieniała, ale z pewnością drużyna w czerwono-granatowych strojach zajmuje ważne miejsce w moim sercu. Chciałbym wymienić teraz parę momentów z mojego życia z Barcą, które pamiętam jak wczoraj. Zarówno te dobre, jak i te smutne.
1999 rok - piłkarze cieszący się z mistrzostwa Hiszpanii jeżdżący po murawie samochodem lekarskim.
2000-2002 - lata nieustannych porażek z Realem Madryt.
22.04.2003 - gdy Marcelo Zabaleta, rezerwowy Juventusu, w 114' strzelił gola na Camp Nou i dał awans Juve do półfinału Champions League końcówkę meczu przepłakałem pod stołem w salonie.
25.04.2004 - wspaniałe zwycięstwo na Santiago Bernabeu - po bramce Xaviego na 2-1 zrobiłem taki raban w domu, że rodzice musieli mnie siłą uspokajać...
08.03.2005 - po porażce 2-4 z Chelsea na Stamford Bridge ryczałem w łazience, nie mogąc przeboleć tego, że Barca odpadła z Ligi Mistrzów.
17.05.2006 - wspaniały urodzinowy prezent (wciąż uważam ten dzień za jeden z najszczęśliwszych w moim życiu) - Barcelona pokonuje Arsenal 2-1 i zdobywa najcenniejsze trofeum w piłkarskim świecie (klubowym) - Ligę Mistrzów. Nie umiem tego opisać słowami. Moment, w którym Belletti strzela zwycięskiego gola to coś magicznego. Niech przemówi sama Barca.
06.05.2009 - o tym golu i meczu napisano już chyba wszystko. W każdym razie - jeszcze chyba nigdy nie użyłem zwrotu "Jezus Maria" 20 razy w jednym zdaniu. Wszystko przez Iniestę, który w 93' dał Barcelonie awans do finału w Rzymie.
27.05.2009 - piękny mecz. Barcelona - Manchester United 2:0.
29.11.2010 - manita na Camp Nou. Real rozbity, zdemolowany, marzenie każdego Barcelonisty jest faktem. Barca 5, Real 0.
28.05.2011 - w finale Ligi Mistrzów Barcelona demoluje (przyznał to nawet sir Alex Ferguson) MU 3:1.
Jak łatwo zauważyć, większość tych migawek to momenty wspaniałe, wyjątkowe, zwycięskie. No cóż. Nie będę ukrywał, że łatwiej mi pamiętać tryumfy niż bolesne porażki. Ostatni okres obfituje w dominację Barcelony w Hiszpanii i Europie. Aktualność straciło powiedzenie o Barcelonie "grają pięknie dla oka, ale nie umieją nic wygrać". Styl poszedł w parze z wynikami i tym sposobem Barca stała się dla wielu osób najlepszą drużyną w historii.
Kiedyś kibicowanie Barcelonie było czymś wyjątkowym, czasem wbrew logice. Owszem, drużyna posiadała swój niezłomny styl, opierający się na wielu podaniach, konstruowaniu misternych akcji wieńczonych golami. Metoda ta nie zawsze okazywała się skuteczna. Ale człowiek z dumą nosił koszulkę Barcy, bo wszyscy wiedzieli, że jest ona drużyną wyjątkową, niepowtarzalną.
Jak jest dziś? Cóż. Kibiców Dumy Katalonii jest dziś nieporównywanie więcej niż na początku XXI wieku, sukcesów również. Jednak nienawiść do niej przerosła moje wszelkie wyobrażenia. Już dawno nie widziałem tak zbiorowej radości po porażce jednej drużyny. Być może jest to kwestia medialnego hołubienia Barcelony, której nie umieją wytrzymać inni kibice, być może jest to wpływ nieustannego gadania Jose Mourinho o faworyzowaniu Barcy przez sędziów. Być może jest inny powód. I przyznam się, że uważam, że trudniej jest być wiernym kibicem Blaugrana w okresie jej dominacji niż w okresie słabszej gry. Trudniej jest przyjmować drwiny, obelgi, jad płynący z ust hejterów. Tak widocznie musi być.
Kocham Barcelonę. Jest ona bliska mojemu sercu. Ktoś powie, że przesadzam, że traktuję to jak moją religię, że jestem niedojrzały, mam niedobrze ustawione priorytety w życiu. Hm. Jest to możliwe ;) Może czas odpuścić (szczególnie po tak rozczarowującym meczu z Chelsea)? Może powinienem to porzucić, a skupić się na teologii, Panu Bogu? Może czas wydorośleć? Wyrzucić koszulki, pamiątki, archiwalne mecze? Wielu ludzi nie rozumie mojej fascynacji Barceloną i futbolem w ogóle. Ale często nawet nie próbuje jej zrozumieć i uznaje mnie za dziwaka, duże dziecko. Owszem, mam na punkcie Barcelony fioła. Tak jak niektórzy ubóstwiają Liturgię Godzin, Lost'y, mechanikę samochodową, krytykowanie pietystów, U2, Chelsea i Real Madryt.
Piłka nożna to dla mnie coś więcej niż tylko sport. Coś zbliżonego do mistycznego przeżycia. Ale spokojnie - póki co nie zastępuje mi wiary i relacji z Bogiem ;) Kibicowanie Barcelonie to dla mnie przywilej, zaszczyt, coś niesamowitego. Dlatego po dzisiejszej porażce wcale nie zamierzam zwijać barw Barcy, nie wyrzucę koszulek, zdjęć. Owszem, posmucę się, podołuję, ale w sobotę i we wtorek ponownie zasiądę przed telewizorem by emocjonować się El Clasico i rewanżem z Chelsea na Camp Nou.
Drodzy hejterzy - życzę wam, żeby wasze życie nie ograniczało się jedynie do nienawiści. Obyście potrafili również coś/kogoś pokochać i wspominać potem piękne chwile z tym czymś/kimś przeżyte.
Bo dla mnie Barcelona to naprawdę więcej niż klub. I mam nadzieję, że nic tego nie zmieni.
Jako że mamy dziś Wielki Czwartek - chciałbym napisać coś na temat tego, jak postrzegam Sakrament Ołtarza, jakie emocje we mnie wywołuje, co sądzę na temat Komunii w trakcie nabożeństwa. Temat jest związany z teologią, ale raczej chcę podejść do niego subiektywnie, osobiście.
Na początku przyznam, że moje podejście do Wieczerzy Pańskiej nieco ewoluowało. Będąc jeszcze małym chłopcem, bardzo nie lubiłem nabożeństw z Komunią. Wiedziałem, że przez to całość będzie trwała dłużej. Dlatego wypatrywałem, czy na ołtarzu stoją naczynia komunijne. Jeżeli nie - była radość. ;) no cóż. Bajtle z reguły nie lubią zbyt długo siedzieć w kościele.
Kiedy po raz pierwszy miałem możliwość przystąpić do Sakramentu Ołtarza (przy okazji konfirmacji), czułem, że jest to coś wyjątkowego. Nie dłużyło mi się, było to raczej niezwykłe przeżycie, coś takiego innego. Zastanawiałem się też, jak to jest z częstotliwością przystępowania, od czego to zależy itd. Stanęło na tym, że raz w Adwencie, raz w czasie pasyjnym, parę razy w ciągu roku, przy okazji np. ważnych wydarzeń rodzinnych czy jakichś wyjazdów. Moja świadomość była nieco uśpiona, niespecjalnie się tym interesowałem.
Wiele zmieniło się po osiągnięciu pełnoletności. Hm, w sumie nawet nie pamiętam dlaczego. Czy może to, że coraz poważniej myślałem o teologii? A może w końcu słowa mojego taty, gorąco zachęcającego uczestników nabożeństwa do tego, by skorzystali z zaproszenia Chrystusa, odniosły skutek? A może po prostu przekonanie od Boga, że moje podejście mogłoby być (i powinno) nieco inne? Nie wiem. Myślę, że wszystkie te powody nałożyły się na siebie.
Od tamtego czasu mam raczej jasno określony pogląd w tej kwestii: skoro podczas Wspólnoty Ołtarza przyjmujemy z, w i pod postacią chleba i wina (bardzo ważne 3 spójniki) przyjmujemy prawdziwe ciało i krew naszego Zbawiciela, Jezusa Chrystusa (jako luteranin wierzę właśnie w konsubstancjację), skoro Eucharystia (oj, być może niektórym ciśnienie poszło do góry, że luteranin używa takiego sformułowania - cóż, z greckiego eucharistein znaczy "dziękować" - myślę, że ewentualnie można tę nazwę zaakceptować :P choć spokojnie, do staroluteran mi daleko) wiąże się z dziękczynieniem Jezusowi za ten sakrament, który służy ku naszemu zbawieniu i wzmocnieniu, skoro przeżywamy wspólnotę nie tylko z Chrystusem, ale i z innymi wierzącymi - dlaczego mamy jej unikać, dlaczego mamy nie korzystać z każdej okazji, by się wzmocnić, by zbliżyć się do naszego Pana?
Słyszałem kiedyś fajne porównanie - Wieczerza Pańska to coś w rodzaju kolacji romantycznej. Nie jest ważne to, co jesz, ale ważna jest osoba, z którą spędzasz ten czas. Wiecie, to porównanie mnie mocno poruszyło. Przeżyłem parę romantycznych kolacji i w pełni zgadzam się z tym przykładem. I jeżeli przełożyć je na nasze chrześcijańskie życie... to Stół Pański staje się (cóż, cały czas nim był i jest!) niesamowitym, poruszającym i pięknym przeżyciem. Zdaję sobie sprawę z tego, iż nie możemy ciągle jeść romantycznych kolacji, bo nie na tym polega życie, bycie z kimś w relacji. Ale wiem, jak wyjątkowo się podczas nich czułem, jak wiele mi dawały. Podchodząc podobnie do Wieczerzy, wiem, jak wiele one mi dają, jak często wychodzę z nich naprawdę mocno pokrzepiony. Wtedy, kiedy czuję się bezsilny, Bóg często daje wielkiego kopa do działania. Wtedy, kiedy chcę Mu za coś podziękować, mogę z uśmiechem przyjąć Jego ciało i krew.
Właśnie - czy aby na pewno z radością? Przyjęło się (no chyba że jest to jakiś mój chory wymysł), iż do Komunii idzie się poważnym, patrzy raczej w ziemię, nie ma mowy o uśmiechu, kontakcie z innymi, którzy przystępują. Być może wy macie inne doświadczenia. Niejednokrotnie społeczność Stołu Pańskiego mnie trochę krępuje. Czasem chciałbym się uśmiechnąć, ale nie wiem, czy byłoby to właściwym. Chciałbym czasem usłyszeć w trakcie dystrybucji "I still haven't found what I'm looking for", "Where the streets have no name" albo "Speechless" (są w Irlandii lub USA takie miejsca, gdzie odtwarza się podczas dystrybucji te kawałki). Chciałbym, żeby było to dla ludzi radosne przeżycie. Nie wiem, może jest, a ja tego nie widzę i zupełnie rozmijam się w ogólnym pojmowaniu Komunii.
I ogólnie uważam, że Wieczerza Pańska powinna być w trakcie każdego nabożeństwa. I wydaje mi się, że fajnie, gdybyśmy przystępowali do niej jak najczęściej. (ze mną jest różnie - niekoniecznie biorę w niej zawsze udział. Ale staram się przełamywać, próbuję odwzajemniać zaproszenie Chrystusa. Nie zawsze to wychodzi. Ale się staram.) I fajnie, gdybyśmy traktowali to jako coś wyjątkowo wyjątkowego. Bo to jest niesamowity skarb. Wszyscy potrzebujemy Chrystusa. A On również poprzez Komunię do nas przychodzi.