niedziela, 12 października 2014

POLSKA - NIEMCY 2:0!!!

Stadion Narodowy wywołuje w moim życiu wielkie emocje. Tak było we wrześniu 2012 na koncercie Coldplay – o tym więcej tutaj – i wtedy były to emocje przepiękne, niezwykle pozytywne. Potem niecały miesiąc później pojawiłem się na nim jeszcze raz. Przy okazji niesławnego Basenu Narodowego – o tym więcej tutaj – to wspomnienie próbuję wyprzeć z pamięci. 

A w sobotę, 11 października 2014 roku (historyczna data!) pojawiłem się na nim po raz kolejny. Bałem się, że znowu coś nie wyjdzie. Że znowu coś z biletami, bądź też z dachem czy inną ulewą… Gdy już wszedłem na stadion, a wszystko wskazywało na to, iż mecz się odbędzie, pesymizm podpowiadał, że mecz będzie kiepski. Chwała Bogu za to, że skończyło się inaczej. Sam mecz został już wielokrotnie zanalizowany. Wydaje mi się tym samym, iż nie ma konieczności coś więcej nt. samej potyczki pisać. Natomiast mam mnóstwo refleksji dotyczących różnych innych detali. 

Sam klimat Narodowego pełnego kibiców – robi to niesamowite wrażenie. Gdy cały stadion klaszcze, skanduje „Polska!!!”, śpiewa Mazurka Dąbrowskiego… można odczuć niepowtarzalne poczucie wspólnoty. Nieznajomi ludzie wpadający sobie w ramiona po bramkach dla Polaków – bezcenne :) 

Rozgrzewka – pierwszy raz miałem okazję obejrzeć piłkarzy przed meczem. Niemcy ćwiczyli na połowie, która była bliżej naszych miejsc, widziałem jak na dłoni rozgrzewkę Neuera. Co ciekawe, przy imitacji rzutów rożnych trener Neuera razem z nim wyskakiwał do piłki – żeby imitować rywali w trakcie meczu. Do Szczęsnego nikt nie wyskakiwał. Neuer na rozgrzewce bronił wyjątkowo pewnie, praktycznie był nie do pokonania, wyglądał bardzo pewnie. 

Śledzenie meczu – w telewizji sprawa wygląda zupełnie inaczej, są powtórki, zbliżenia etc. Na meczu trzeba się mocno koncentrować, inaczej coś może umknąć. Szczególnie kiedy akcja toczy się pod bramką, która jest po drugiej stronie boiska (siedziałem na łuku). 

Euforia radości – nadal nie mogę uwierzyć w to, co stało się na Narodowym. W trakcie meczu wszystko działo się błyskawicznie. Z akcji z 51. minuty pamiętam długą piłę do Grosickiego, Piszczka zabierającego się do dośrodkowania, fakt, że wstałem z miejsca, któregoś z Polaków sięgającego piłkę i pragnienie, by piłka zatrzepotała w siatce. Ułamek sekundy później skakałem już z radości obok szalejących z euforii pozostałych kibiców. Obawa, że jednak Niemcy okażą się silniejsi – już zdarzało nam się z nimi prowadzić. Sobotni mecz okazał się być jednak wyjątkowy. Tuż przed bramką Mili (nie wiedziałem w pierwszym momencie, iż to był on) zarejestrowałem sytuację, w której jeden z Niemców podawał Polakom piłkę by ci szybciej rozpoczęli grę od rzutu z autu. Pomyślałem – tak im się śpieszy… nie sądziłem, że 15 sekund później będzie już po meczu. Nie mogłem uwierzyć w szczęście, jakie mnie spotyka – a wraz ze mną 57 tysięcy ludzi. Mila strzelił – po raz kolejny mignęło pragnienie by ta piłka zatrzepotała w siatce (to też niesamowite, iż gole Polacy strzelali na bramkę, przy której siedziałem!) – a potem skakanie do góry z radości i obawa, że poleci się na głowę do przednich rzędów (mało miejsca na nogi…). 

Niesamowity wieczór. Ledwo mówiłem, byłem oszołomiony tłumem, emocjami, euforią… ale warto było. Nie marzyłem o zwycięstwie, po cichu liczyłem na remis. Oby we wtorek nasi kopacze powtórzyli tę piękną historię i dali ponownie tę niesamowitą euforię radości, której doświadczyłem w sobotni wieczór.

niedziela, 21 września 2014

kajam się w kwestii kibicowania

Nie ma innego wyjścia - trzeba publicznie przyznać się do błędów. 

Jak wielu moich rodaków jestem zafascynowany postawą polskich siatkarzy na mistrzostwach świata. Po wspaniałym początku na Stadionie Narodowym, po pokonaniu pozostałych grupowych rywali byłem w niezwykle dobrym nastroju. Nasi zawodnicy zaskoczyli mnie nie tylko jakością swojej gry - wreszcie pojawiło się świetne przyjęcie (o które kibice, dziennikarze prosili od dobrych 10 lat), floaty (czyt. lekkie, lecz niezwykle podkręcone serwisy) okazywały się lepszym rozwiązaniem niż 120km/h bomby, mentalnie Polacy byli bardzo pewni.

Niestety - i tu pora na pierwszy akt skruchy - druga faza rozpoczęta meczem z Amerykanami niezwykle mnie sfrustrowała. Graliśmy wcale nie gorzej od rywali, decydowały detale - a zeszliśmy pokonani z boiska. Mój wrodzony pesymizm, którym doprowadzam do szału bliskich mi ludzi (z tego powodu nie bardzo lubią oglądać ze mną mecze) i czarnowidztwo tym razem się sprawdziło. Gra naszych nie wyglądała tak pewnie, Amerykanie byli szybsi, Polacy ciągle gonili wynik... i go nie dogonili. Wyglądało to źle. Mecz z Włochami rozpoczął się jeszcze gorzej. W zasadzie byłem gotów przełączyć na Comedy Central żeby oglądać "Przyjaciół" - cytując klasyka "przynajmniej byśmy się pośmiali". Okazało się jednak, że Włochom przestało jednak iść i dalsza część meczu okazała się raczej formalnością niż siatkarską bitwą. Potem padło na Iran - nie śledziłem uważnie tej transmisji, po 2 setach byłem wręcz rozczarowany, iż ten wspaniały Iran, ta wielka sensacja nie jest w stanie nawiązać walki z Polakami. Cóż, potem wróciły stare demony i kibice przeżyli wielką nerwówkę. Przeżyli - ja w trakcie czwartego seta poszedłem spać, tłumacząc to sobie tym, iż nazajutrz mam odprawić nabożeństwo. Częściowo jednak nie miałem ochoty na nerwy, frustrację i złość, że nasze orły nie umiały sprawy załatwić w 3 setach. Gdy dostałem smsa z informacją, że zaczyna się tie-break, uznałem, że podjąłem dobrą decyzję. Dusza kibica jednak nie dawała za wygraną, nie umiałem zasnąć, miotałem się z boku na bok. Dopiero gdy zobaczyłem na wyświetlaczu słowa "Jeeeeeest, wygraliśmy, to było niesamowite!", odetchnąłem z ulgą i zasnąłem. Mecz z Francją przebiegł raczej w spokojnej atmosferze, przez to, iż Argentyna wygrywając z USA zapewniła nam awans wiadomo było, że z Trójkolorowymi gramy o 1 miejsce w grupie i rozstawienie. Moje czarnowidztwo ponownie doszło do głosu i zgodnie z przewidywaniami Francja wygrała 2 sety i zapewniła sobie prymat w grupie. To, że wygraliśmy tie-breaka nie miało dla mnie większego znaczenia.

A potem nadeszła informacja, że w III fazie staniemy naprzeciw Brazylii i Rosji.

Czarnowidz-kaczorek stwierdził, że już po ptokach. No nie ma siły, żebyśmy ograli mistrzów świata i mistrzów olimpijskich. Ale niesiony kibicowskim nastrojem wiernie usiadłem przed ekranem telewizora i przecierałem oczy ze zdumienia, gdy pierwszy set z Canarinhos okazał się wygrany. Niedługo potem sytuacja wróciła do normy, Brazylijczycy wyglądali na nie-do-ruszenia. 3 set wygrany 25:14 tylko to potwierdzał. Wylałem więc swoją frustrację na Facebooku (za co słusznie mnie skrytykowano. Na swoją obronę powiem tyle, że obiektywnie spisałem to, co gołym okiem było widać po 3 setach gry, powtarzałem niemal to, co mówili komentatorzy) - ale oglądałem dalej. Może podświadomie licząc na cud. I cóż - nasze orły po raz kolejny pokazały charakter. Set wygrany do 18 zrobił wrażenie. Podobnie jak wynik 7:2 w tie-breaku. Mówiłem w tym momencie - jeżeli roztrwonimy tę przewagę, będzie to typowy przykład frajerstwa. No i zrobiło się 8-8. Frajerstwo. Moje czarnowidztwo ponownie zamajaczyło na horyzoncie. Już chciałem pisać do moich krytyków "a nie mówiłem..." - gdy w niesamowitych okolicznościach Brazylia padła pod naporem Polaków. Emocjonująca końcówka, 17:15, wielka radość i kolejna wielka lekcja pokory.

Mecz z Rosją od zawsze wywołuje wiele emocji. Bardzo się go bałem. A tu nasi bohaterowie w pewnych dwóch setach zapewnili sobie awans do półfinału. Potem trochę z nich ciśnienie zeszło, przegrali dwa kolejne, ale dalej w tie-breaku byli nie do zatrzymania. Kawał dobrej siatkówki. Po raz kolejny mój pesymizm poszedł się schować.

Półfinał z Niemcami - mecz z typu "najgorszy przedmeczowy scenariusz - Polacy faworytami". Must win game. "Niemcy to tylko Grozer, są słabsi technicznie i mentalnie, nie mają czym nas zagrozić" - media takim przekazem pompowały balonik i wkładały nas od razu do finału. Łatwo było uwierzyć. A boisko... szybko to zweryfikowało. Polacy grali słabo, nerwowo, proste błędy techniczne były (cyt. W. Drzyzgę) "drażniące". Ale mimo to seta 1 wygrali, w 2 Wlazły cudowną nożną paradą wystawił piłkę Gunthorowi, który popełnił szkolny błąd i utrzymał nas w grze. Wyszarpane zwycięstwo 3-1 dało finał. 

No właśnie, finał - jak dzisiaj będzie? 

Dziś planuję oglądać spokojnie. Nie dlatego, że czarnowidztwo po raz kolejny dojdzie do głosu i pesymistycznie się nastawię na to, że Brazylia nas zleje jak zrobiła to 8 lat temu. Dlatego, iż nasi bohaterowie tak wspaniale zaprezentowali się w ciągu minionych 3 tygodni, tak wiele radości mi dali na przekór moim wkurzającym cechom, tak mocarnie dźwignęli presję i oczekiwania naszego narodu - że już teraz są bohaterami. Nawet jeżeli sromotnie polegną 0-3 z Canarinhos. Życzę im z całego serca zwycięstwa, zapewne w momencie gdy zdobędą pierwszy punkt w meczu znów jak głupek będę wierzył, że wygrają, znów z emocji będę się darł, wskazywał, iż trzeba było grać krótką a nie skrzydłem, będę jak mantrę powtarzał "Nowakowski, Wlazły, Kłos, Mika - nie psujcie zagrywki, szczególnie po przerwie!", będę wściekał się na pewnych siebie i gwiazdorowatych Brazylijczyków, prowokujących naszych pod siatką. Być może sędzia znowu nie udźwignie ciężaru meczu...

Ale to wszystko nie będzie najważniejsze. Polskie orły są niesamowite, dały tyle radości sobie i innym... teraz deser. Oby złoty, oby piękny, oby emocjonujący, oby wygrany. 

A oprócz tego, najważniejsze rzeczy w życiu się nie zmienią. To jest chyba moje największe odkrycie tych mistrzostw (uprzedzam - to nie było wcale dla mnie takie oczywiste. Porażki ulubionych zespołów były niejednokrotnie związane z żałobą, poczuciem końca świata. Wiem, głupota. Wiem, niepoważne. Ale tak było.). Dziś mam nieco inną perspektywę. I pomimo złości, nadmiaru emocji umiem dostrzegać to, co liczy się naprawdę. Dostrzegać kochanych ludzi, dostrzegać ogrom Bożego błogosławieństwa i mnóstwo powodów do tego, by być wdzięcznym.

Dziś skupię się po raz kolejny na radości z tego, że mogę oglądać mecze w dobrym towarzystwie, mam z kim się tym meczem emocjonować, że jestem zdrowy i moje oczy mogą patrzeć na siatkarzy, że w naszym kraju panuje pokój, że niczego mi nie brakuje. A na deser - moi rodacy mogą dziś być w siatkarskim niebie. Czego im, wam i sobie życzę. Oby byli dziś niepokonani. Oby sięgnęli dziś po złoto, oby osiągnęli sportową nieśmiertelność. Ale też - oby byli zdrowi, bezpiecznie ten mecz dziś przetrwali. Oby sami dostrzegli, że są w życiu rzeczy ważniejsze niż zdobycie 3 setów w finale MŚ. Oby mogli wraz ze swoimi dziećmi i partnerkami świętować wielki sukces polskiej siatkówki. 

Dobrych emocji :)

piątek, 5 września 2014

frustrat potrzebujący pokory

Życie potrafi uczyć pokory. 

Nie będę się tu rozpisywał o okolicznościach, w których zostałem uziemiony (czyt. bez auta na jakiś czas) oraz pozbawiony narzędzia pracy (czyt. laptopa), bo nerwy, które zostały naprawdę poważnie nadszarpnięte, znowu dałyby o sobie znać, znowu moje ciało pokryłby na przemian lodowaty i gorący pot, język poszukiwałby możliwie najdobitniejszych i najsoczystszych słów... a chyba nie o to chodzi. Nie w ten sposób należy dźwigać swój krzyż. 

Mógłbym się rozpisywać o tym, że czego się ostatnio nie dotknę, obraca się przeciwko mnie lub odmawia współpracy (zdrowie, kolejny laptop, rower). Mógłbym sobie jeszcze bardziej ponarzekać. Pytanie tylko po co. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, iż inni ludzie mają gorzej. I dlatego, być może, tak trudno mimo to jest mi być wdzięcznym za wszystkie dobrodziejstwa, które otrzymuję z Bożej ręki. 

Jak radzę sobie z przeciwnościami i wyzwaniami, które mnie rozbrajają? Jak ty, drogi czytelniku/droga czytelniczko, spoglądasz na to, co cię spotyka i niejednokrotnie dołuje/zniechęca/frustruje/przywodzi na myśl najgorsze możliwe przekleństwa?

Nieraz wiemy, jak mamy się zachować. Może nawet w 90% sytuacji wiemy, co mamy teraz zrobić. I to chyba jest najgorsze. Ta świadomość powinności potrafi nieźle dobić - bo przecież chcielibyśmy inaczej, wreszcie uwolnić ten strumień złości i bezsilności, rozładować napięcie, które w środku nas rozsadza. No i miło by było, gdyby inni zobaczyli nasz stan i postarali się pomóc. 

Pytanie tylko - czy to jest zachowanie, którego potem nie będziemy żałować? 

Jak już wspomniałem - doskonale wiemy, jak należy się zachować. Westchnąć, próbować spokojnie oddychać, pocieszyć się myślą, iż mogło być zdecydowanie gorzej i mimo to ufać Bogu, że był w tym jakiś cel. No tak, to oczywiste, tak należy postąpić. Poza tym, warto pamiętać, że są tacy, którzy doświadczyli nieporównywalnie większych cierpień. Więc, drogi robaczku, koniec z narzekaniem.

By to jednak było takie proste... 

Niemniej jednak - w momencie gdy człowiek czuje się całkowicie położony na łopatkach (a zwyczajnie tak się czułem) - powtarzanie sobie słów "nawet w dolinie cienia śmierci jesteś ze mną" wydaje się pustosłowiem. Po raz kolejny wychodzi moja słabość. Kolejny dowód na to, że kiepski ze mnie uczeń w Bożej szkole. Chwała jednak Bogu za to, że przychodzi ze swoim pocieszeniem i swym Duchem w pieśniach Michaela W. Smitha. Kolejny raz jest w stanie poruszyć serce. Kolejny raz jest w stanie rozwalić lód frustracji i zniechęcenia, który otacza moje myśli. I mimo że ciągle jestem zły, nie umiem zrozumieć kłód leżących na drodze - jest odrobinę lżej. Wiem, że mogło być gorzej. Wiem, że inni mają trudniej. Ale jestem w stanie ruszyć się odrobinę w przód dzięki Bożemu wsparciu.

Zapewne to i tak tylko preludium do wyzwań piętrzących się w przyszłości. Łatwiej nie będzie ;) niemniej jednak wierzę, że Bóg będzie obecny tak jak teraz.

piątek, 11 lipca 2014

(Dzięki Bogu!) Spotkaliśmy się

Swego czasu powstała piękna piosenka śpiewana przez Annę Marię Jopek "A gdybyśmy się nie spotkali".

A gdybyśmy nigdy się nie spotkali 
Minęli na życia tle? 
I gdyby nas nic nie łączyło wcale 
A wspólny los wahał się? 

Kto postanawia, 
Że jedyny raz na Ziemi 
Na jedną chwilę, ty i ja 
Odnajdujemy się 
I zwykłe to zdarzenie może odmienić cały świat? 

A gdybyśmy nie pokochali nigdy 
Zgubili, spóźnili się? 
Byliby z nas ludzie zupełnie inni. 
A czy szczęśliwi, kto wie? 

Ale uznano, 
Że jedyny raz na Ziemi 
Na jedną chwilę, ty i ja 
Mamy odnaleźć się 
I zwykłe to zdarzenie może odmienić cały świat 

Czasami myślę o prawdopodobnym świecie, 
Gdzie jednak się mijają ślady naszych stóp. 
Co wtedy dzieje się z duszami naszych dzieci, 
Nim czyjaś inna miłość je zaprosi tu? 

Kto postanawia, 
Że jedyny raz na Ziemi 
Na jedną chwilę, ty i ja 
Odnajdujemy się 
I zwykłe to zdarzenie może odmienić cały świat?

Pewne rzeczy w naszym życiu dzieją się w sposób niesamowity. Nie jesteśmy w stanie ich przewidzieć, przychodzą nieoczekiwanie, odwracają cały nasz świat do góry nogami. Lęk, przełamanie, odwaga, krótka rozmowa pozostająca w pamięci, odwzajemnienie kontaktu, długie wieczory i noce spędzone na rozmowach, wreszcie decyzja by iść przez życie razem. 

Mówi się, że noc jest najczarniejsza tuż przed świtem. Często okres szczęścia poprzedzony jest czasem głębokiej desperacji i frustracji. Oczekiwanie na Boże działanie potrafi zniechęcić, a człowiek, w swym zagubieniu działający całkowicie bez głowy, nieudolnie działa po swojemu - według swojego widzimisię. Rani przy tym innych i samego siebie. W moim przypadku okres nocy trwał wyjątkowo długo, desperacja stała się jednym z przymiotników dobrze mnie określających. 

Czy jednak żałuję tego okresu? Chyba nie. Potrzebowałem pogrążyć się wyjątkowo głęboko, by stamtąd doświadczyć cichego, łagodnego powiewu Bożej obecności. Ale nie było to coś normalnego. Teofania (Boże objawienie się) nigdy nie jest czymś zwyczajnym, każda - nawet ta w postaci łagodnego powiewu - pełna jest niesamowitości. 

W moim przypadku kluczową rolę odegrał czas i... być może dojrzałość. Piszę "być może" - bo doskonale wiem, jak bardzo potrafię być jeszcze niedojrzały. Niemniej jednak widzę po sobie, że inaczej reaguję emocjonalnie niż to miało miejsce w przeszłości. Kluczową rolę odegrała odwaga, zwycięska walka ze sobą. Ale nie moja odwaga. Odwaga osoby, która zawojowała mój świat. Osoby, którą posłużył się Bóg, by za sprawą modlitw, rozmów, kontaktu wnieść uśmiech na moją twarz. 

Historia iście filmowa. Pełna niezwykłości. Konfrontująca z zaskakującym Bożym działaniem (w to przynajmniej wierzę). Uświadamiająca, iż Bóg rzeczywiście ma myśli o pokoju, a nie o niedoli względem mnie. Chce natchnąć nadzieją, że nie jestem skazany na życie w pojedynkę. Chce pokazać, że stworzył i pobłogosławił istotę, która pasuje do mnie pod względem charakteru, zainteresowań, pobożności, również stawia Boga na pierwszym miejscu w swym życiu. 

Rok temu nie sądziłem, że tak wszystko się zmieni. Stopniowo godziłem się z tym, iż wielu rzeczy mnie spotykających zwyczajnie nie rozumiem i pozostaje wbrew wszystkiemu zaufać Bogu. Robiłem swoje, przestałem koncentrować się tylko i wyłącznie na sobie, większy nacisk położyłem na to, by w różnorodny sposób głosić innym tę Ewangelię, która mnie porusza i daje nadzieję do życia. Potrzebowałem czasu, by stopniowo, powolutku, wychodzić z ukrycia i hermetycznego świata w stronę innych. I mimo że wciąż mam problem z nawiązywaniem nowych relacji, otwartością - myślę, że i tak pewien progres udało mi się zrobić. A potem... do akcji wkroczył Bóg. Nie oznacza to, iż stałem się marionetką w Jego rękach. Bo sam odwzajemniłem kontakt, sam czułem motyle w brzuchu, sam gnałem jak głupi kilkadziesiąt kilometrów by po prostu pogadać + robiłem jeszcze kilka szalonych rzeczy, których się zazwyczaj nie robi. Dlaczego? Trudno to wytłumaczyć ;) czułem, że chcę. Czułem, że warto. Dziś wierzę (a może wiem?), że istotnie, było warto. I z każdym dniem odkrywam to z większą siłą. 

Bóg stał się siłą napędową, która dała mi moc, by być sobą. Zresztą - przy tej Osobie nie warto było aktorzyć. I chyba to jest w tym wszystkim najcenniejsze - zostałem zaakceptowany takim, jakim jestem, z całą gamą zarówno zalet jak i wad. Po raz kolejny zrozumiałem, że zostałem obdarzony przez Boga talentami, którymi mogę uszczęśliwiać innych. Mogę wywoływać uśmiech, ten bezcenny, niepowtarzalny uśmiech na Jej twarzy. Mogę dodawać otuchy modląc się, czytając Pismo, służąc radą, rozluźniając atmosferę tekstem z kabaretu. 

Lecz być może popełniam teraz błąd - za bardzo skupiam się na sobie. 

Ale to chyba dlatego, że trudno mi słowami wyrazić emocje towarzyszące refleksjom dotyczącym tego, co ja od Niej otrzymuję. Bo o takim spokoju, pochodzącym od Boga, a uobecniającym się w Jej postawie wobec mnie nie śmiałem nawet marzyć. O takie szczęście podarowane przez Boga, a uobecniające się w Jej otwartości, serdeczności, uśmiechu nawet się nie modliłem, bo nie sądziłem, że istnieje. Modlitwy bliskich mi osób, moje modlitwy zostały wysłuchane w taki sposób, że nie wiem, jak mam Bogu dziękować. 

I mimo, że nie zawsze jest różowo, mimo, iż zdarzają się gorsze momenty - wiem, że razem jesteśmy silniejsi. I co przede wszystkim - wspiera nas wszechmogący Bóg, który pozwala ufać wbrew wszystkiemu, że damy radę. On jest inspiracją do pracy nad sobą, On daje moc do przezwyciężania swych słabości, egoizmu, uzdalnia do kompromisu, do rezygnowania z siebie na rzecz szczęścia tej drugiej osoby. Wierzę, że budujemy na odpowiednim fundamencie, wierzę, że potrójny sznur nie tak łatwo się zerwie. Wierzę, iż Bóg ma swój dobry plan ku swej chwale i naszemu dobru. 

Wierzę, że to jest to. I się nie boję, bo w Nim mogę się ukryć, u Jego stóp składam wszystko to, co mnie przygniata, wierzę, iż jak powołał nas dla siebie, tak też będzie Zachowawcą i Dokończycielem tego, co dla nas zaplanował. Dziękuję Mu dziś za Jego wielką dobroć, na którą zupełnie nie zasłużyłem. Jestem Mu niesamowicie wdzięczny za cudowną Osobę, którą mi podarował - to Ona jest moją lepszą drugą połówką :) 

środa, 25 czerwca 2014

Łaskawość Tytusa/Łaskawość Boga

Przy okazji XXIV Festiwalu Mozartowskiego w Warszawie wybrałem się na operę mojego ulubionego kompozytora muzyki klasycznej. Jako że "Wesele Figara" rozsprzedało się bardzo szybko, "Don Giovanni" pojawi się dopiero po moim wyjeździe z Warszawy, padło na "Łaskawość Tytusa".

Poza tytułem, który gdzieś już kiedyś obił mi się o uszy, niewiele więcej wiedziałem o tej operze. Postanowiłem więc trochę przygotować się przed uczestnictwem w tym wydarzeniu. Akcja utworu dzieje się pod koniec I w. n.e. w trakcie panowania cezara Tytusa. Jest on znany ze swej łaskawości. Niestety, nie wszystkim jest to w smak. Zawiązuje się spisek na jego życie, zamachowcem zostaje jeden z jego najlepszych przyjaciół, kierowany miłosnymi afektami...

Tym, co w moim odczuciu jest w tej operze kluczowe - to fakt, iż Tytus znając zamachowca, mając przed sobą wyrok śmierci do podpisania, drze go na kawałki. Woli pozostać zapamiętanym ze względu na swą łaskawość niż ze względu na fakt karania śmiercią zamachowców. I mimo, iż cały dramat rozgrywa się w politeistycznym środowisku bogów rzymskich, nie byłem w stanie nie powiązać tej postawy z postępowaniem Boga, w którego wierzę.

Nie brakowało tam pewnego rodzaju aluzji chrześcijańskich - wstawiający się za zamachowcem przyjaciel cezara, lud wysławiający cezara za decyzję ułaskawienia, śpiewający na jego cześć uroczystą pieśń. Te aluzje tworzyły w mojej głowie sieć impulsów, refleksji, przemyśleń dotyczących mojego życia i nie tylko, poniekąd związanych z nauką do egzaminu z teologii Nowego Testamentu.

Każdy z nas doskonale zdaje sobie sprawę, iż ma swoje za uszami. Zmagamy się z nałogami, mało ciekawymi przypadłościami, czasem z nimi walczymy bądź próbujemy się z nimi pogodzić, często nawet je dowartościowując (opierając się być może na liberalnej interpretacji Biblii). Pojęcie grzechu mocno wypaczyło się w XXI wieku, staje się wręcz niepopularne, niepoprawne politycznie. Nawet jeżeli ewentualnie zgodzimy się na to obrzydliwe, stygmatyzujące słowo, to od razu dodamy, że każdy jest grzesznikiem i nic na to nie poradzimy. Ot, taka nasza grzeszna natura - i zakładamy zadowoleni ręce na piersi, mamy przecież usprawiedliwienie swojego dawania ciała.

Każdy z nas w mniej lub bardziej świadomy sposób buntuje się przeciwko Bogu. Każdy z nas w mniej lub bardziej świadomy sposób czci pracę, pieniądze, partnera/kę, zadowolenie z życia bardziej niż to, by te poprzednie wykorzystywać na Bożą chwałę. Każdy z nas upada. I czasem nam z tym dobrze, nie chcemy się podnosić.

"Łaskawość Tytusa" mówi jednak o czymś innym. Tam główny zamachowiec jest pełen żalu, rozdarcia, wręcz można by powiedzieć (za apostołem Pawłem) "czyni nie to co chce, lecz to, czego nienawidzi". Dokonuje zamachu na swego przyjaciela, bo dał się uwieść. A czy i podobnie nie jest z nami? Obalamy Boga z centralnego punktu naszego życia na rzecz mniej kluczowych rzeczy. Bo tak łatwiej, przyjemniej, wygodniej lub konieczniej. Pół biedy (ta świadomość jest niezwykle istotna), gdy czujemy się rozdarci i mamy poczucie winy (do akcji wkracza sumienie). Gorzej, gdy jest nam z tym dobrze, nie widzimy, że czyhający u drzwi grzech bez walki nas opanował.

Ktoś jednak powie "no taki już nasz stan, jesteśmy grzeszni, dopiero po śmierci będziemy doskonali, tutaj jesteśmy bezsilni". I będzie miał rację. Problem w tym, iż w moim odczuciu nie możemy tego traktować jako naszego usprawiedliwienia. Nie może się to stać naszą wymówką. Na wielu kartach Pisma Świętego padają słowa określające Kościół jako lud święty - bo to, co ma kontakt z Bogiem, ma dążyć do świętości, ma dążyć do wiary i etycznej doskonałości. Nie ma siedzieć z założonymi rękami. Ma naśladować Jezusa Chrystusa, wzór życia i postępowania. Ma reagować na poczucie winy spowodowane daniem ciała. Ma szukać pociechy i wsparcia w Bożym Duchu. Ma nieustannie iść do przodu, rozwijać się, utrzymywać w ruchu proces zbawienia. Bycie chrześcijaninem to ciągłe wyzwanie. Wyzwanie do bycia świadectwem, do oddawania Bogu chwały, świadczenia o tym, że jest się świątynią Ducha Świętego.

I wiem, że to cholernie trudne. Niejednokrotnie jest mi wstyd za to, że Duch Święty mieszka w tak wielkim bajzlu. I też często szukam wymówek "jestem słaby, grzeszny, no co ja mogę?". Ale widzę po sobie jak wiele dobrych rzeczy jestem w stanie z pomocą Ducha Bożego zrobić. Wierzę, że Bóg działa przeze mnie w świecie. A więc da się. Pytanie tylko, czy chcemy by to działanie Ducha przeniosło się na wszystkie elementy mojego życia. Pytanie, czy pieśń "Przyjdź, Duchu Święty, Stwórco, przyjdź!" śpiewamy tylko raz do roku, w święto Zesłania Ducha Świętego, czy może jest to nasza codzienna modlitwa, która wzywa nas do trzymania wysokich standardów moralnych. Bo - i mówię to z pełną świadomością jako częsty chałturnik - Bóg nie chce, abyśmy odwalali chałę. On chce, byśmy oddawali Mu chwałę. Zarówno w pietystycznej jak i ortodoksyjnej pobożności. Bo i jedni i drudzy są wezwani do doskonałości (której nie osiągnie się w pełni na ziemi, wiem, ale przecież mamy żyć dla Pana, prawda?). I tak jak np. dla naszych dziewczyn czy chłopaków jesteśmy w stanie przychylić nieba i staramy się być wsparciem, pocieszeniem, jesteśmy na każde zawołanie - w nieporównywalnie większym stopniu te same wspaniałe postawy kierujmy w Bożą stronę.

I tak na marginesie - bo w sumie od tego wyszedłem - największą nadzieję daje mi fakt, że akt oskarżenia, mój wyrok śmierci Bóg, niczym Tytus, rozdziera i okazuje swą łaskę. Mnie - buntownikowi, wrogowi Boga. Nic nie mogłem i nie mogę Mu dać, codziennie w jakimś elemencie mojego życia daję ciała - a On niszczy list oskarżający. I daje kolejną szansę. Wybacza przyjacielowi, który po raz kolejny się zbuntował i chciał Go obalić. Okazuje swą łaskawość. Cud. Wielka miłość. Niesamowite.

Warto było pójść do opery. Nie tylko dla pięknej Mozartowskiej muzyki, brawurowych arii w wykonaniu śpiewaków. Ale jak się okazało - również dla tak wartościowych i krzepiących impulsów dających się przełożyć na duchowe życie. Chwyćmy się tej łaski i niech nasza wiara będzie pełna dobrych uczynków świadczących o mocy naszego Boga.

niedziela, 15 czerwca 2014

dźwięki spoza Zasłony - MWS

Tam, w środku, jest on. MWS. Niestety mój aparat nie powala na kolana...
Zagrał. Wreszcie zagrał w Polsce, wreszcie mogłem go zobaczyć na własne oczy i usłyszeć na własne uszy. Mimo, że zaśpiewał tylko kilka kawałków (Draw me close to you - nagłośnili go dopiero w połowie zwrotki..., You won't let go, Friends, Mighty to save, Christ be all around me - pięknie to wyszło!, Healing Rain, Above all, Agnus Dei - zdecydowany nr 1 koncertu - płyta pięknie śpiewała, Awesome God. To chyba wszystko... może coś mi umknęło.), to i tak dało się odczuć niezwykły klimat. Od małego czekałem na ten koncert. Było to jedno z moich największych życiowych marzeń. Inni jechali do Arnhem i mogli go tam osobiście poznać, ja próbowałem jechać do Wiednia i Budapesztu (nigdy się nie udawało...) - aż wreszcie dziś dane było mi tego doświadczyć.

Niestety, cała ta piękna chwila nie trwała dłużej niż 40 minut. Choć to i tak lepiej niż wcześniejsze zapowiedzi 4+2 kawałków. Nie był to klimat Coldplay (sorry, Michael, przyjedź do Polski po prostu na swój koncert - wtedy ich przebijesz), gdy cały stadion szalał z Xylobandami przez 105 minut. Był to klimat inny, bardziej wzniosły, stonowany, uspokojony. Patrzyłem na mojego idola, moją muzyczną inspirację, tego, który towarzyszył mi przez całe moje świadome życie. I żałuję teraz, iż było to jak mrugnięcie oka. Ale może właśnie życie takie jest - to, co tak cenne i inspirujące, trwa tylko chwilę. Trzeba korzystać więc z tego, co było nam dane by działać i inspirować tych, którzy są nam dani na dłuższy czas.

Michael towarzyszył mi w chwilach dobrych i złych, w trakcie uwielbienia, randek, podróży do szkoły, porannego wstawania, zawsze pojawiał się na pierwszym miejscu w rubryce "ulubiony artysta/zespół". Mimo odkrycia wielu wartościowych, wspaniałych muzyków, mimo różnych gatunków muzycznych tak mi bliskich, on od kilkunastu lat ciągle pozostaje nr 1. Nieskromnie powiem, że w moim odczuciu to jego największy sukces - utrzymać się na topie listy Kaczorka Pitorka :P

Jego najnowsza płyta "Sovereign" po prostu miażdży. Jest dla mnie szczególna, z wieloma tekstami mocno się utożsamiam, dotykały mocno moich emocji i myśli, z którymi borykam się w ostatnim czasie. To nieprawda, że Michael skończył się na Worshipach. Nadal tworzy kapitalne kompozycje, "Sovereign" jest jedną z najlepszych jego płyt, spokojnie utrzymującą poziom "I'll lead you home", "This is your time", "Go west young man" czy legendarnego "Eye to I" (mimo iż jest tak różna od poprzednich). Tym, co pozwala mi się płyty tak mocno uchwycić, jest nadzieja, która bije od niemal każdego kawałka płyty. Nie opuszczasz nas, pozwalasz nam doświadczać cudów, jesteś dookoła nas, panujesz nad nami, w Tobie możemy się ukryć, złożyć na Ciebie wszystko to, co nas przerasta - takie modlitewne przesłanie - niezwykle dziękczynne z niej wypływa. Proste, głębokie, szczere i muzycznie piękne.

Dziękuję Bogu za Michaela Whitakera Smitha. Dziękuję Bogu za to, że mój brat zaszczepił we mnie tę piękną muzykę. Jestem wdzięczny, iż mogłem dziś wraz z moim idolem oddawać Bogu chwałę. Daj Boże jeszcze kiedyś to powtórzyć...

czwartek, 12 czerwca 2014

Raz na cztery lata. WRESZCIE!

MUNDIAL! Cztery lata czekania, wspominania tego, co działo się na boiskach Republiki Południowej Afryki i nareszcie, ponownie przez miesiąc będzie można futbolowo ześwirować ;)

W tym roku mam wobec niego wielkie oczekiwania. Jest wiele mocnych drużyn, ciężko wskazać faworytów. Poziom może być wyrównany, nie podejmuję się póki co typowania tego, kto wyjdzie z grup.

Boję się tylko jednego - że będzie to mundial defensywy. Kontr. Nudnych meczy, które będą się rozstrzygały jednym jedynym błędem. Ofensywnie usposobione drużyny polegną z kretesem, na boisku pozostaną tylko ci, którzy zminimalizują straty. I o ile ktoś mógłby w tym momencie powiedzieć, że to dokładnie zrobiła Hiszpania 4 lata temu (z czym się mimo wszystko nie zgodzę, bo mistrzowie świata tworzyli sytuacje, utrzymywali piłkę, można było podziwiać ich kunszt, a to że odnosili zwycięstwa 1-0 = no cóż, czasem skuteczność nie idzie w parze z ładną grą), to boję się, że Brazylia 2014 będzie kojarzyć się z żelaznymi zasiekami obronnymi.

Oczywiście, o gustach się nie dyskutuje. Ktoś może lubić szybkie kontry, a potem murowanie bramki, ktoś inny huraganowy atak "huzia na Józia". Niemniej jednak w europejskiej piłce w tym sezonie dominowała żelazna dyscyplina taktyczna, maksymalne ograniczenie strat, gra na "stracić o jedną bramkę mniej niż przeciwnicy" - i jest prawdopodobnym, iż mundial również będzie tak wyglądał.

Krótko o drużynach, którym będę szczerze kibicował (jako że nasi zacni kopacze nie dokopali się do Brazylii, trzeba sięgnąć po tych, którzy potrafili przebrnąć eliminacje...):

Tegomundialowym (a taki neologizm stworzyłem, ot co!) moim faworytem i drużyną, za którą będę ściskał kciuki najmocniej, jest Argentyna. Dlaczego Albicelestes? Cóż. Ze względu na Messiego. Do pełni szczęścia, bycia piłkarzem kompletnym brakuje mu jeszcze jednego wielkiego trofeum. W zasadzie - chyba tego największego, o którym marzą wszyscy piłkarze. Brakuje mu mistrzostwa świata. Podziwiam tego knypkowatego piłkarza, współczuję mu zespołu Aspergera, boję się o jego coraz częstsze wymioty na boisku, przykro mi, gdy widzę, że jest jakiś nieobecny, zgaszony, przytłoczony. Może czekał na mundial? Może właśnie w Brazylii jego gwiazda zabłyśnie pełnym blaskiem? Tego życzę mu z całego serca. Oby po raz kolejny, największy do tej pory, zamknął usta wszystkim krytykom.

Drudzy w kolejności są Hiszpanie. Dlaczego? Bo mają w składzie 7 piłkarzy Barcy. Bo ciągle są w stanie pięknie grać. Bo tiki-taka jeszcze nie zginęła, kiedy gra się ją tak jak należy - wysokim pressingiem, na dużej intensywności, grą na jeden kontakt, dużo ruchu bez piłki. A oni jak nikt są w stanie prawdziwą tiki-takę wprowadzić w życie. No i gdyby wygrali 4 wielkie imprezy pod rząd... klękajcie narody. Nawet legendarna Brazylia z Pelem nie miałaby takiej siły przebicia i takiej mitycznej otoczki wokół siebie. Staliby się po prostu nieśmiertelni w futbolowym wymiarze.

Ostatni na podium są gospodarze, Brazylijczycy. Dlaczego? Ze względu na dawny sentyment, ze względu na potrzepanego, maksymalnie nieogarniętego Neymara. Chłopaczek dźwiga na swoich barkach ciężar oczekiwań całego narodu. To taki Adaś Małysz, tylko że chłopina dźwigał ciężar narodu nieco mniejszego, nie tak zakochanego w skokach. Neymar taszczy na plecach oczekiwania tych, którzy futbol mają we krwi. Plus całą masę biednych, bezrobotnych, strajkujących, sfrustrowanych rodaków. On może przynieść im nadzieję na lepsze jutro. Wraz z żelazną defensywą prowadzoną przez Thiago Silvę. Futbol może naprawdę zmienić świat, choćby na chwilkę. Ale w momencie tryumfu Brazylii cały kraj na moment się zjednoczy, na moment zapomni o swoich problemach. I może dzięki 23 facetom tak bezmyślnie biegającym za jakimś białym świńskim pęcherzem uzyska energię do społecznej zmiany. Może to tylko myślenie życzeniowe i utopijne, ale czy nie niosłoby ze sobą potężnego ładunku nadziei i optymizmu?

Bo jak głosi pewna maksyma, życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach. Gdy pada gol, właśnie wtedy często tego oddechu brakuje. Przenosząc to na hermeneutyczny język Paula Tillicha, pokusiłbym się o stwierdzenie, iż gol staje się wyczekiwanym kairosem, punktem zwrotnym w dziejach egzystencji (ludzkości), który prowadzi ku esencji (temu, co transcendentne, Samo-byciu). Oczywiście przejaskrawiam.

Ale sam jestem nieopisanie ogarnięty futbolowym szaleństwem. To moja pasja, coś, co mnie niebywale nakręca. Coś, co traktuję również jako Boży dar - zdolność odczuwania tak wielkich emocji. Cieszę się, że wielu piłkarzy dzieli się swą wiarą, wyznaje ją publicznie dając przykład innym. Cieszę się, że również tu odnajduję pierwiastek łączący futbol z moim podstawowym tematem zainteresowań i życia.

Oby Mundial 2014 obfitował w emocje, oby było pięknie, żywiołowo, wzruszająco, momentami zaskakująco - i oby Puchar Świata został wzniesiony przez Lionela Messiego/Ikera Casillasa/Thiago Silvę.

piątek, 30 maja 2014

pełni nadziei

Miałem pisać, że Michael W. Smith wydał nową (kapitalną zresztą!) płytę. Coldplay (całkiem inną od poprzednich) też. Ale jak zwykle rzeczywistość pisze swoje scenariusze.

Dziś więc o nadziei. Nadziei wbrew wszystkiemu, nadziei przejawiającej się w zaufaniu mimo stresu, lęku, niepokoju, wątpliwości. Nadziei na to, że Bóg ma nad wszystkim kontrolę i nadaje temu sens, mimo że my go nie dostrzegamy. Nadziei, która przenika zbolałe i przestraszone serca.


Siła jest obecna w smutku
Piękno jest obecne w naszych łzach
A Ty spotykasz nas w naszej żałobie
Wraz z miłością odrzucającą strach
Działasz w naszym oczekiwaniu
Uświęcasz nas
A gdy [coś] przekracza nasze zrozumienie
Uczysz nas by ufać

Twe plany dotyczą naszego pokoju [powodzenia]
Nie zapomniałeś i nie zapominasz nas
Jesteś z nami w ogniu i podczas powodzi
Zawsze jesteś wierny
Doskonały w miłości
[Jesteś naszym władcą] [Jesteś absolutnie nad nami] [Masz kontrolę nad wszystkim, nad naszym życiem]

Jesteś niewyobrażalną mądrością
Kto może zrozumieć Twe drogi
Rządząc wysoko z Nieba
Sięgając dołu nieskończoną łaską
Podnosisz uniżonego
Współczujący i dobry
Otaczasz i podtrzymujesz mnie
A Twe obietnice są mą rozkoszą

Nawet gdy wrogowie knują zło
Obracasz to w nasze dobro
Obracasz to w nasze dobro i dla swej chwały
Nawet w dolinie [cienia śmierci] jesteś wierny
Obracasz to w nasze dobro
Obracasz to w nasze dobro i dla swej chwały

Na wieki jesteś wierny
Doskonały w miłości
[Jesteś naszym władcą] [Jesteś absolutnie nad nami] [Masz kontrolę nad wszystkim, nad naszym życiem]

Wiele piosenek, pieśni mnie porusza. W ostatnim czasie słuchając nowej płyty i kawałka "Sovereign over us" w wykonaniu Michaela W. Smitha początkowo nie zostałem powalony na kolana. Im dłużej jednak jej słuchałem, im mocniej w moim sercu pozostawał ślad emocji wyrażonych przez wokalistę i sam tekst, im bardziej dostrzegałem przesłanie dotykające różnych sfer mojego życia i osób mi bliskich - uzmysłowiłem sobie, jak potrzebnym jest dzielić się tą nadzieją. 

Bo być może, droga czytelniczko/drogi czytelniku, przechodzisz przez trudne chwile. Bo być może nie czujesz, że Bóg ma kontrolę nad tym, co się dzieje. Może przerasta cię lęk, stres o przyszłość. Może boisz się, że to co przed tobą wcale nie będzie miało znamion pokoju, ale wniesie cierpienie, rozpacz i depresję w twoje życie. Może czujesz na szyi oddech swych wrogów. Może kwestionujesz wszystko to, co mówi o Bożej dobroci. 

Pomimo tego wszystkiego - zachęcam cię do ufności. Pomimo przeciwnościom. Pomimo lęku. Pomimo stresu. Pomimo logice. Uchwyć się tego, że nadejdzie czas wydawania dobrych owoców, prosperowania dzięki Bożemu prowadzeniu. Jak nie tutaj - to w nowej, innej, lepszej rzeczywistości. Wiem, to trudne. Sam się z tym borykam. Ale w swojej naiwności i słabości wołam: 

"Nawet, gdy wrogowie/choroby/sesja/wypadki/trudne relacje rodzinne - nawet gdy to wszystko knuje przeciwko mnie, Ty obracasz to w nasze dobro na swoją chwałę. Nawet gdy idę doliną cienia śmierci - TY JESTEŚ WIERNY".

środa, 21 maja 2014

urodzinowo-konfirmacyjnie

Bądź też konfirmacyjno-urodzinowo.

Bo w moim przypadku te dwie kwestie zawsze były jakoś tak blisko ze sobą związane. Ze względu na to, iż w mojej parafii konfirmacja zawsze przypada na 3. niedzielę maja - często zbiegała się również z moimi urodzinami. Czasem wypadały dokładnie w dzień konfirmacji, czasem dzień przed lub po... w każdym razie - weekend był zawsze zdominowany bardziej konfirmacją niż moimi urodzinami. Taki urok domu pastorskiego.

Nie żebym narzekał (choć, w sumie? ;)), od małego przyzwyczajałem się do faktu, iż życie rodzinne księdza bywa nierzadko mocno ograniczane przez jego służbę. Pogrzeby, śluby, wyprowadzenia zwłok, konfirmacje czy inne parafialne jubileusze (nie mówiąc o całej masie spotkań...) często zaburzały (a może to właśnie one wyznaczały?) rodzinny rytm funkcjonowania, a co za tym idzie, i świętowania. Z perspektywy czasu jest mi na to łatwiej patrzeć, przyzwyczajam się do tego, jak być może i moja przyszłość będzie wyglądać, niemniej jednak wspomnienia imprez urodzinowych, na których brakowało taty lub był obecny tylko na chwilę, bo musiał przećwiczyć z konfirmantami tę (no jakby nie było, niezwykle istotną!) ważną uroczystość nie są szczególnie przeze mnie przechowywane. Może to brzmi idealistycznie, naiwnie i obrazoburczo, ale mam swoją wizję funkcjonowania księdza w swej rodzinie - jeżeli praca/służba będzie mu przysłaniała życie rodzinne, to ilekroć będzie wchodził na ambonę i będzie mówił o tym, że należy więcej czasu poświęcać rodzinie, dzieciom, rozmowom, relacjom - będzie dla mnie hipokrytą. Wraz z tymi, którzy będą uważać, że tak ma funkcjonować, że rodzina ustępować ma swym priorytetem jego służbie. Moim zdaniem da się te dwie służby - bo życie w rodzinie też jest służbą i odpowiedzialnością - zrównoważyć, sukcesy lub porażki w jednej będą przekładać się na drugą. Dlatego moim idealnym modelem jest efektywne współdziałanie tych dwóch działek (idealistycznie, wiem. Naiwnie, wiem...).

Koniec tego tematu, bo popadłem w dygresję, a nie o tym chciałem pisać. 
Dziś o konfirmacji. 

Uważam, że konfirmacja jest niezwykle ważnym wydarzeniem nie tylko dla konfirmantów i ich rodzin, ale również dla całego zboru, wszystkich wierzących. Dlaczego? Pozwala przypomnieć sobie swoją konfirmację - a więc moment, kiedy w obecności parafian stwierdza się "tak, wierzę Bogu w Trójcy Świętej jedynemu, świadomie wyznaję swą wiarę, jestem wdzięczny za to, że Bóg przyjął mnie do swej własności w Chrzcie Świętym, obdarzył mnie wtedy swym Świętym Duchem, dziękuję rodzicom za to, że powierzyli mnie Panu, że wychowywali mnie w chrześcijańskim środowisku, uczyli prawd wiary. Świadom tego wszystkiego chcę od dziś uczestniczyć we wspólnocie wierzący jako pełnoprawny jej członek, chcę spotykać się z mym Mistrzem podczas Wieczerzy Pańskiej, chcę świadomie jak najczęściej prosić o dary Ducha Świętego, o Jego obecność w moim życiu". Tak ja rozumiem tę uroczystość. Tak z perspektywy czasu ją wspominam. I w pewnym sensie za niezwykłe uważam słowa, które są wypisane na moim świadectwie konfirmacyjnym - "Wszelką troskę swoją złóżcie na Niego, gdyż On ma o was staranie" 1 Piotra 5,7. Nie jestem człowiekiem o najmocniejszej psychice. Wiele z pozoru błahych rzeczy mnie stresuje. Stąd też nie brakuje mi trosk. Wydaje mi się, że te słowa jak mało które pasują właśnie do mojej sytuacji. Dobrze przy każdej kolejnej konfirmacji sobie tę obietnicę przypomnieć. Że jest Ktoś mocniejszy. Ktoś, kto towarzyszy w dolinie cienia śmierci. 

Czasem nieco żałuję, iż konfirmację traktuje się tak odświętnie. Dlaczego? Dlatego, że potrzeba potwierdzania (confirmatio) naszej wiary w moim odczuciu zachodzi zdecydowanie częściej niż tylko raz w życiu. Więcej, taka potrzeba pojawia się każdego dnia. Bo każdego dnia spotykamy bliźnich, którzy potrzebują czynów miłości, rady, świadectwa bycia przemienionym przez oczyszczającą moc ofiary krzyżowej Jezusa. Każdego dnia nasz kumpel potrzebuje zapewnienia o modlitwie, każdego dnia wywiązuje się potrzeba mówienia prawdy pomimo wszelkich przykrych konsekwencji, które mogą nas spotkać. Każdego dnia nasze relacje w związku wymagają odświeżenia, naprawy, szczerości i zaufania do siebie nawzajem. Każdego dnia warto dziękować Bogu za naszych rodziców, dziadków czy nasze dzieci - i jednocześnie być na tyle pokornym, by przyznać, że sami daliśmy ciała. I my też potrzebujemy świadectwa czynów osób żyjących wokół nas, które nas zawstydzą oraz wyzwolą prawdę. Mały student, kaczorek też potrzebuje sprowadzenia do pionu i pokazania mu, że warto się uśmiechnąć, z optymizmem spojrzeć w przyszłość, przestać wozić się po znajomych, którzy w jego opinii błądzą, tylko z ufnością westchnąć za nich do niebiańskiego Ojca, by dawał kolejne szanse, by uzdalniał do mówienia prawdy, otwartości, okazywania szczerej i bezwarunkowej miłości.

Bo, ujmując to wszystko w wielkim skrócie, nie wystarczy jednorazowa konfirmacja. Nie wystarczy jednorazowe nawrócenie - przynajmniej ja to tak widzę. Wystarczy (tylko lub aż - odpowiedzcie sobie sami) codzienne potwierdzanie przynależności do Chrystusa. Wystarczy (jak najczęstsze) jednoczenie się z Chrystusem i bliźnimi w Wieczerzy Pańskiej. Czemu nie jednorazowe, a ciągłe? Nasza grzeszna natura ciągle daje o sobie znać. Jesteśmy jednocześnie grzeszni i usprawiedliwieni. Nasze życie to wędrówka, wędrówka z Bogiem. I mam wrażenie, że im dłużej idę, tym więcej głupot popełniam. Dlatego tym mocniej potrzebuję Bożego wsparcia i przebaczenia. Tym bardziej potrzebuję kryć się w Nim. Tym bardziej potrzebuję korzyć się przed Jego majestatem i doświadczać cudownego uczucia lekkości w momencie, gdy On mnie podnosi. Tak jak potrzebowali tego apostołowie, którzy po spotkaniu z Jezusem nadal popełniali błędy, tak jak potrzebował tego apostoł Paweł po spotkaniu z Jezusem pod Damaszkiem. Potrzebujemy potwierdzać naszą wiarę każdego dnia. Potrzebujemy wzmacniać się Bożym Słowem i Sakramentem Ołtarza. Nie jednorazowo. Jednorazowo w chrzcie działa Bóg, przyjmując nas do siebie. Z nami już jest gorzej - by nie dać się zwyciężyć złu potrzebujemy wciąż szukać dobrego, miłosiernego Boga. I spotykać się z Nim jak najczęściej. 

Lubię konfirmacje. Zawsze stresuję się z tymi gimnazjalistami, którzy dziękują rodzicom, zborowi, księdzu. Którzy ślubują wierność Bogu i Kościołowi. Jest to piękny dzień pełen emocji. Dzień, który jest kontynuacją chrześcijańskiego życia zapoczątkowanego w chrzcie. Dzień, który dla nich, ale i dla mnie, dla pozostałych chrześcijan może być (a być może i powinien) zachęceniem do kontynuowania życia z Bogiem. Oby On przydał nam wiary do tego, by przy Nim wytrwać.

PS. Osobiście uważam, że mój tata i tak poświęcał mi bardzo dużo uwagi, zawsze był w stanie gdzieś mnie zawieźć czy odebrać, mimo nawału obowiązków. Nie wiem, jak to robił i robi po dziś dzień. Chyba jest jakimś Batmanem czy innym superbohaterem ;) Dzięki Tatuś. Ciekawe, czy ja w przyszłości będę w stanie wszystko to tak dobrze ogarniać...

piątek, 25 kwietnia 2014

reset

Planowałem pełną goryczy notkę dotyczącą niezwykle kiepskiej postawy Barcelony w obecnym sezonie. Planowałem wylać swój żal, swoją frustrację, wszystkie bóle brzucha ze stresu, nerwów, wszystkie inwektywy rzucane pod adresem marnych w tym sezonie mistrzów Hiszpanii. Myślałem, że w ten sposób sobie ulżę, spróbuję to wszystko sobie wytłumaczyć, jakoś to uda mi się zrozumieć.

Po czym dostałem informację, że zmarł Tito Vilanova, były (zeszłoroczny) trener Barcy. No i nastąpił reset.

W obliczu takiej tragedii wygasają spory, wygasa frustracja. Pojawia się smutek, ból, poczucie pustki. I mimo, że tak mało go znałem, że był to tylko trener mojego ulubionego zespołu z odległej Katalonii, dziwnie się z tym wszystkim czułem. Owszem, sezon był masakryczny, przegraliśmy wszystko co dało się przegrać i to w jeden tydzień, w pożal-się-Boże stylu. Ale puenta walki Tito z nowotworem ślinianki miała być inna. Ten mecz, nieporównywalnie bardziej istotny, nieporównywalnie ważniejszy niż jakieś tam haratanie gały na zielonej murawie miał zakończyć się zwycięstwem życia nad śmiercią.

Stało się jednak inaczej.

Często od zawodowców wymaga się więcej niż od zwykłych śmiertelników. "Dostają tyle kasy, to niech zasuwają bez gadania na boisku" - powiadamy. Ale nie są oni przecież robotami. Na Barcelonę wylało się błoto hejtu, gdy odwołała mecz z Lechią Gdańsk. Powodem anulowania meczu była informacja o nawrocie choroby Tito. Od początku nie rozumiałem tak wielkiej frustracji. Człowiekowi wali się życie, zespół - w pewnym sensie jego rodzina - też odczuwa psychiczne konsekwencje tego wszystkiego, a okazuje się, iż najważniejszy jest biznes i zadowolenie kibiców? W moim odczuciu wtedy hasło "Mes que un club - więcej niż klub" znalazło zastosowanie w 100%. Życie trenera, Mistera zostało postawione wyżej niż biznes i kibice.

Dziś możemy gdybać, jaki wpływ na piłkarzy miała walka o życie Vilanovy. Można być może szukać tu podstaw gorszej gry, braku koncentracji. Ale ten rok jest wyjątkowo tragiczny - niedawno żona Andresa Iniesty poroniła. Piłkarz, nawet największy, nie jest robotem. Mówi się, że nic nie boli tak mocno, jak utrata własnych dzieci. Czy my, kibice, jesteśmy już na tyle wyzuci z ludzkich uczuć, że wymagamy od zwykłych śmiertelników wysiłku często ponad ich siły?

Jak ja czułbym się, gdyby bliska mi osoba walczyła o życie? Jakie ja głosiłbym kazania gdyby to moja żona poroniła? Jak wpłynęłoby to na moje funkcjonowanie?

Szkoda, że takie myśli, taki reset przychodzi za sprawą wielkiej tragedii rodziny Vilanovy. Żona straciła męża, dzieci straciły ojca. Kibice wreszcie zamilkną, przestaną wieszać psy na piłkarzach. Szkoda, że aby do tego doszło przyszło stanąć nad mogiłą skromnego, naturalnego, kulturalnego i inspirującego człowieka.

Barca przegrała sezon. W dramatycznie kiepskim stylu. Ale to straciło zupełnie znaczenie. Po raz kolejny w bolesny sposób wszystkim zostało uświadomione, co tak naprawdę w życiu ma sens, co jest najważniejsze. Nie trofea, nie ilość zer na koncie. Sens ma nasze istnienie i to, co z tym istnieniem robimy, jaki wpływ na świat wywieramy. I w Kim pokładamy nadzieję.

środa, 9 kwietnia 2014

Kaczorek wreszcie na meczu!

O tak, wykrzyknik w tytule jak najbardziej uzasadniony. Po raz pierwszy w życiu miałem okazję być na profesjonalnym meczu przez wielkie M. Nie był to jednak mecz piłkarski.

Zdjęcia możecie znaleźć tutaj :)

Na początku małe wprowadzenie: nie jestem osobą przesądną, nie wierzę w system zaklinania rzeczywistości sportowej, ale przypadki, które mnie spotykały przy okazji różnych sportowych imprez były co najmniej zastanawiające. Gdy w 2007 roku Polska była o krok by awansować na Euro 2008, kupiliśmy z kolegą bilety na mecz z Belgią na Stadionie Śląskim. Aby wejść do środka dzieliło nas 100 metrów. Niemniej przed samym wejściem postanowiliśmy skorzystać z toalety w pobliskim supermarkecie. Gdy z niego wyszliśmy, okazało się, że nasze bilety wyparowały. Pierwszą połowę i bramkę Ebiego na 1-0 przeżywaliśmy wracając do domu i słuchając radiowej relacji. Klops nr 1.

Klops nr 2... to kompromitująca historia Basenu Narodowego. Dzięki kuzynowi udało mi się w ostatniej chwili załapać na mecz. Anglia, Narodowy, szansa na ogranie odwiecznych rywali - no nie mogło być lepiej. Pal licho ulewę, która sprawiła, że moje ciuchy suszyły się dwa dni... Jakieś tłumoki nie zamknęły dachu. Inne tłumoki nie założyły drenażu na murawę - no bo jest dach, więc nie będzie padać... Następnego dnia zbojkotowałem piłkę wodną mecz. Remis obejrzałem w telewizji.

Więc gdy kupowałem bilet na mecz Polska-Chorwacja w Pucharze Davisa, rozgrywany na warszawskim Torwarze, bałem się, że wyjdą jakieś komplikacje z biletem, ewentualnie zawali się dach hali albo wysiądzie klima i trzeba będzie przerwać mecz. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, dotarłem w trakcie spotkania Przysiężnego z Ciliciem, zająłem miejsce na trybunach i rozpocząłem śledzenie meczu.

Wrażenia jak na pierwszy raz - super. Obserwować profesjonalistów grających w tenisa, widzieć jak się ustawiają do zagrań, jaką techniką dysponują, jakie soczyste zagrania im wychodzą - cud, miód i orzeszki. Spodziewałem się, że piłki będą latać szybciej, a wyglądało to całkiem normalnie, jedynie niektóre uderzenia kończące były strasznie szybkie. O serwach za chwilę.

Tenis ma to do siebie, że doping nie jest (przynajmniej w moim odczuciu) tak charakterystyczny i ważny jak w przypadku piłki, siatkówki czy kosza. Tenis kojarzy się z grą dżentelmeńską, wysoką kulturą kibicowania - Polska ciągle się jej uczy. Jako przykład - kilka razy spiker musiał prosić publiczność o nieprzemieszczanie się po trybunach w trakcie wymian, nieotwieranie drzwi etc. Takie zachowania lub zbyt energiczny doping w trakcie wymiany mogą w Pucharze Davisa skutkować odebraniem punktów gospodarzom. Stąd dziwiły mnie reakcje dziennikarzy, że doping był kiepski, że Torwar nie wypełnił się po brzegi kibicami. Cóż, tenis wciąż nie jest tak popularny jak inne sporty. Wymaga również innych zachowań - nie można więc przykładać tej samej miary do niego jak do stadionów piłkarskich.

Teraz może o samych meczach - o ile Michał "Ołówek" Przysiężny miał przegrać z Marinem Ciliciem (i przegrał, choć dzielnie walczył i co jakiś czas jednoręcznym bekhendem a'la Federer kończył wymiany), to Jurek Janowicz miał w cuglach ograć chorwackiego 17-latka, Coricia. I pierwszy set, zakończony wynikiem 6-2, był tego dowodem. Potem niestety... zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Chorwat wcale nie atakował, zwyczajnie regularnie przebijał piłki na drugą stronę siatki, a Jerzyk zaczął się mylić. Walił po autach, skróty lądowały w siatce, popełniał podwójne błędy serwisowe. Brał się również za sędziowanie, a że liniowi też chyba nie byli w najwyższej formie, to nasz zawodnik coraz mocniej się frustrował. Niemniej jednak byłem pod wielkim wrażeniem prędkości jego serwisów - gdy ładował (w myśl wołania kibiców "Ładuj, Jurek, ładuj!!") 231 km/h - dało się tę prędkość zauważyć. Miazga. Szkoda, że większość tych petard lądowała w siatce albo Coric był w stanie jakimś cudem je dobrze zreturnować...

Nie dotrwałem do końca spotkania - w trakcie 4. seta opuściłem halę i wróciłem do akademika. Zdziwiłem się, gdy niektórzy kibice woleli zajadać hot-dogi i popijać gazowanymi napojami na korytarzu niż śledzić mecz. Zdziwiła mnie (w bardzo pozytywnym znaczeniu) liczna obecność kobiet na trybunach. Co prawda w moim sektorze bardziej były zainteresowane paznokciami, telefonem czy konwersacją ze swoim partnerem, ale miałem okazję również zobaczyć niezwykle zapalone kibicki, głośno zagrzewające Polaków do walki.

Podsumowując - wypad był niezwykle udany, ale żeby nie było za różowo, żebym nie zapomniał o moim parszywym szczęściu do imprez sportowych - Polacy dali ciała. Sam fakt śledzenia meczu z trybun hali - świetny. Podobnie i przerwy między gemami nie dłużyły się tak, jak to czasem w telewizji jest, człowiek nie jest tak rozproszony jak przed telewizorem. Owszem, brakuje powtórek, komentarza (tego żałuję najbardziej, bo duet z nc+ jak zwykle był świetny, wiem po niedzielnych transmisjach), ale klimat w moim odczuciu był niepowtarzalny.

Następny przystanek - Narodowy i mecz piłkarzy. Może kiedyś przeżyję mecz idealny - bez żadnych pozasportowych perypetii, ze zwycięstwem swoich zawodników. Daj Boże. Tak samo jak daj Boże dziś awans Barcy do półfinału LM. Już cały chodzę z emocji, a mecz dopiero za niecałe 7 godzin...

Zdjęcia możecie znaleźć tutaj :)

sobota, 29 marca 2014

Liturg

Choć z pewnością można by go określić jeszcze wieloma tytułami. Ekumenista. Prezes. Radca. Proboszcz. Aktywista. Sługa Słowa Bożego. Ale może przede wszystkim - prawdziwy chrześcijanin.

Dziś, w dniu jego pogrzebu, padło już tyle słów, tyle literackich pomników (o które on by nie zabiegał), wspaniałych podsumowań zostało wypowiedzianych - że nie chcę ich powielać. Nie oznacza to, że je umniejszam - były cenne, wartościowe, szczere i wywoływały na mojej twarzy uśmiech, w uszach znowu brzmiał jego głos.

Chcę podzielić się własnymi refleksjami, tym, co we mnie pozostanie po tym zacnym człowieku.

Ks. Gross zawsze będzie kojarzył się ze śpiewnikiem, rekolekcjami liturgicznymi, wielkim przywiązaniem do poprawnej barwy liturgicznej, ciągłym przypominaniem, że tej niedzieli akurat śpiewa się (lub nie) Gloria Patri czy Alleluja. Dodatkowo wspomnieć należy albę ze stułą, agendę, choralnik. To tak jeżeli chodzi o pewne ramy, w których często go umieszczano.

Bo taka chyba jest nasza ludzka natura - wtłaczamy innych w pewne ramy. Ten to ortodoks, ten zawsze modli się własnymi słowami, ten w każdym kazaniu cytuje Lutra, ten nie umie śpiewać, ten preferuje melodie gregoriańskie, etc. I gdzieś, w moim odczuciu, zatraca się to, na co przede wszystkim powinniśmy zwracać uwagę - na fakt, że ten ktoś służy Bogu, jest sługą Słowa Bożego, potrafi patrzeć szerzej niż tylko w ramy, w jakie wtłaczany jest przychodzący do niego człowiek.

Bo taki obraz jest mi chyba najbliższy. Takiego obrazu doświadczyła moja rodzina. I pomimo, że sam niejako wtłaczam ks. Jana w ramy, to chcę teraz tę ramę rozwalić. I pokazać, że on się w tych ramach (i chwała Bogu za to!) nie mieścił, gdy...

Przywiózł moją mamę i mojego malutkiego brata ze szpitala do domu (jako jeden z nielicznych w sierpniu 1978 roku miał samochód). Nie wahał się pomóc ani chwili. Notabene - Ładą ;)
Obserwował, jak w Mikołowie dreptam w dziecięcym chodziku po salonie jego mieszkania.
W ten sam ujmujący sposób dogadywał się zarówno z moją babcią (której jajecznicę nawiasem mówiąc uwielbiał - ale trudno się dziwić ;)), jak i ze mną - najpierw małym szkrabem, potem licealistą, wreszcie studentem teologii.
Stwierdzał, że perkusja w kościele wcale nie musi być dziełem szatana, że dobrze, iż młodzież w ten sposób oddaje chwałę Panu Bogu.
Potrafił odstawić świeżo zaparzoną kawę i podskoczyć autem na skrzyżowanie Wisły i Jawornika, żebym nie musiał piechotą iść pół godziny do domu (śpieszę donieść, że o to nie prosiłem - bo wyjdzie że jakiś wygodnicki jestem i szacownego duchownego fatyguję...). Jego propozycja była spontaniczna. Po prostu chciał pomóc, żebym zdążył na spotkanie młodzieżowe.
Proponował mojemu tacie przejście na ty (mimo różnicy wieku, mimo tego, że był jego nauczycielem), nie budował dystansu i sztucznych konwenansów.
Mimo swych charakterystycznych, nieco być może nie do końca rozumianych przez innych pomysłów, mimo swego uporu i wierności swym zapatrywaniom potrafił uszanować odmienne poglądy rozmówcy.

Lecz przede wszystkim był człowiekiem, który nie przestawał inspirować. Widziałem to po swoich kolegach ze studiów. Był człowiekiem, który żyjąc tym, w kogo i co wierzył, potrafił tak to przekazywać, że inni szli w jego ślady. By szli i wraz z nim naśladowali Pana Jezusa Chrystusa w taki sposób, jaki wydawał im się najbliższy i najodpowiedniejszy.

Żałuję jednej rzeczy. Nie zdążyłem mu powiedzieć, że zachwyciłem się jego cyklem "Nasze nabożeństwo", który czytałem podczas przygotowań do zaliczenia z liturgiki. Nie zdążyłem zakomunikować, że zafascynował mnie dziedziną, której do tej pory nie rozumiałem. Niemniej jednak wierzę, że swój szacunek do jego osoby, dzieła, sposobu w jaki naśladował swego Pana i Zbawiciela będę mógł wyrazić poprzez szerzenie choćby tych informacji z cyklu "Nasze nabożeństwo" wśród ludzi, których Pan Bóg będzie stawiał na mojej drodze.
Bo uważam, że ten cykl to obowiązkowa lektura dla każdego luteranina, w szczególności młodzieży, która kontestuje zagadnienia liturgiczne, nie próbując ich zrozumieć lub nie trafiając na kogoś, kto w fascynujący i ciekawy sposób by im te zagadnienia objaśnił. Oby ta działka była więc cegiełką, pośmiertnym słowem "dziękuję, Księże" od małego Piotrusia, który dziś dziękuje Wszechmocnemu Bogu za życie i działalność wyjątkowego chrześcijanina, którym był ks. Jan Gross.

niedziela, 16 marca 2014

spełnione marzenia. ulotność.

Ten weekend był szczególny.

15 stopni Celsjusza, słońce, urzekające miasto i świadomość, że tym razem to nie ja dam się temu miastu urzec, lecz sam spróbuję tak je przedstawić, by ktoś inny mógł poczuć się nim oczarowany. Zapowiadało się wspaniale.

Wilanów to wyjątkowe miejsce. Problem w tym, że przedwiośnie (oraz przedzimie) sprawia, iż roślinność dopiero co budzi się ze snu. Tym samym brak listków, krzewy są przerażająco nagie, żywopłotowe labirynty są nimi tylko z nazwy. Gdzieniegdzie przebijają się pierwsze krokusy - ale są osamotnione, przez co powstaje silne poczucie niedosytu. Nawet pewna ławeczka została zajęta przez dwie niezwykle głośno rozmawiające panie. Dodając do tego niesprzątnięte jeszcze świąteczne dekoracje po "Labiryncie światła" - Wilanów mógł zaprezentować się lepiej.

Dalej Łazienki. Tu również widać chłód przedwiośnia - mimo słońca, śpiewu ptaków brakuje jeszcze żyjącej i rozkwitającej roślinności. Pałac na Wodzie częściowo w rusztowaniu, słońce zaszło już nad oranżerią, temperatura spadła. Poza tym, nogi powoli odmawiają posłuszeństwa. Pora więc na Starbucks, Bracką, Plac Piłsudskiego i creme de la creme - Krakowskie Przedmieście. Pięknie, lecz męcząco.

A tu jeszcze wieczorem należy dotrzeć na Stare Miasto oraz Rynek Nowego Miasta. Magiczne miejsca robią wrażenie, niemniej jednak zmęczenie daje o sobie znać, dodatkowo dziwi widok wciąż ustrojonych choinek, budek z grzanym winem. Również taras widokowy nad Wisłą jest wyjątkowo głośny i tłoczny. Na szczęście na Rynku Nowego Miasta jest pusto i cicho. Taką Warszawę lubię najbardziej. Taką Warszawę chcę prezentować. Taka Warszawa potrafi urzekać. I chyba tak się dzieje.

Sobota to gwałtowna zmiana aury. Zimno - ok. 5, 6 stopni, prawdziwie bollywoodzka pogoda - czasem słońce, czasem deszcz. Pałac Kultury i jego taras widokowy w pierwszym momencie okazał się świetnym pomysłem - do momentu kiedy zaczęło PRZERAŹLIWIE wiać i padać. Ale warto było. Nie sądziłem, że podróż na 30. piętro minie tak szybko.

Empik i Sphinx jak zwykle stanęły na wysokości zadania. Dodatkowo doborowe towarzystwo również dodało uroku temu (pogodowo) kapryśnemu popołudniu. Malinowy chruśniak oraz tradycyjna wedlowska czekolada w oryginalnej kamienicy Emila Wedla mówią same za siebie. Wedel to Wedel, coś w rodzaju warszawskiego sacrum, obecnego w mojej rodzinie od ok. 40 lat. Tyle że ciągnęło zimnem od drzwi i klimatyzacji.

Niedziela rozpoczęta w kościele minęła chyba najszybciej. Subway na obiad okazał się dobrym pomysłem. O dziwo, nie sprawdziły się prognozy mówiące o intensywnych opadach deszczu. Warszawa żegnała dzień bezchmurnym niebem, z widocznymi gwiazdami. Pal licho, że autobusy jeździły szybciej, a metro się zepsuło. Niemniej jednak nadal nie znoszę drogi wiodącej na Dworzec Centralny. Dzisiaj to już w ogóle.

Sporo tu narzekania. A weekend był wspaniały. Spełniło się moje marzenie. Więc skąd to narzekanie? Cóż. Chyba dlatego, że weekend ma tylko 3 dni. To zdecydowanie za mało.

Za mało.

Niemniej, dziękuję, Panie Boże. Dziękuję za ogrom Twych błogosławieństw.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Leap cz. 5 - dobroć Boga i grzeszność człowieka

Nie zamierzam wrzucać tu różnych definicji grzechu i Bożej dobroci - bo jest ich cała masa. Wpis dotyczy przede wszystkim subiektywnych spostrzeżeń opartych na własnym doświadczeniu.

Im dłużej żyję na tym świecie, tym mocniej przekonuję się o tym, jak miłosierny i cierpliwy jest Bóg. Bo to, co zdarza mi się (często) robić, zasługuje na wielką karę. Każda nieczysta myśl, pełne pożądania spojrzenie, każde kłamstwo, każdy niesłuszny wybuch gniewu na kochaną osobę - wszystko to kwalifikuje nas do piekielnego ognia.

Nawet w momencie gdy człowiek przystępuje do Komunii, dostępuje oczyszczenia, doświadcza pojednania ze świętym Bogiem, gdy wraca do ławki i ukradkiem zerka na piękną kobietę siedzącą nieopodal i w jego umyśle pojawiają się różne wyobrażenia - już grzeszy. A minęło kilka sekund. Nie da się uciec od grzesznej natury, od wielkiego magnesu który przyciąga człowieka. No nie ma bata.

Są tacy, którzy uważają, że można wieść święty i bezgrzeszny żywot już tu, na ziemi. Nie zgadzam się z nimi. Człowiek jest zwyczajnie za słaby. Znajdą się tacy, którzy stwierdzą, iż nawrócenie, nowe narodziny nowego Adama sprawiają, iż teraz trzeba raz na zawsze utopić Adama starego i odwrócić się całkowicie od grzechu. Tyle że każda istota ludzka jest kimś w rodzaju alkoholika - nawet jeżeli przyjmie Bożą łaskę, do końca życia będzie mogła o sobie mówić "jestem trzeźwym alkoholikiem". Z tego stanu się nie wychodzi. Nie przestaje się być alkoholikiem. Tak jak nie przestaje się być grzesznikiem. Śmierć Jezusa Chrystusa pozwoliła człowiekowi doświadczyć zbawienia, ale przepaść między Bogiem a człowiekiem pozostała. On - Święty, Wszechmocny. My - grzeszni, upadli, słabi, beznadziejni.

To, że jesteśmy chrześcijanami odkupionymi przez Chrystusa nie czyni nas superbohaterami. Ludzie świadomi tego, iż doświadczają Bożej łaski nie różnią się w zasadzie niczym od tych, którzy Boga mają gdzieś. I jedni, i drudzy pozostają grzesznikami. Jedni i drudzy mają problem z nałogami, kłamstwami, zdradami, pokusami, hipokryzją. Chrześcijanie chcą jednak świadczyć innym o tym, iż oddają Bogu chwałę za zbawienie, którego doświadczyli. Chcą wyznawać swą wiarę. Chcą jak najlepiej poznać Tego, który jest ich ratunkiem.

Ale mimo tego wszystkiego, nadal grzeszą. Nadal dają ciała. Nadal obgadują swoich bliźnich, odwracają wzrok na dziejącą się niesprawiedliwość. Nadal są nieposłuszni swoim rodzicom. Nadal modlą się na pokaz, a w głębi duszy donieśliby władzy zwierzchniej na swojego księdza. Nadal pożądliwie zerkają na żonę swego sąsiada. Takimi są chrześcijanie - pełno w nich grzechu. Pełno nieprawości. Pełno poczucia, że i tak są lepsi od ateistów, od tych nienawróconych.

A jak to będzie ze zbawieniem? Wiemy Wierzymy, iż zbawieni będą ci, którzy uwierzą. Wiara to Boży dar. Człowiek może ten dar przyjąć lub nie. Jak to się odbywa? Tu można by podać wieeeeeele definicji, w zależności od denominacji usłyszelibyśmy co innego. Ale co to znaczy uwierzyć? Uznać Jezusa za Pana i Zbawiciela, który umarł na krzyżu za całą ludzkość. Ale co to znaczy uznać? Zostać ochrzczonym? Dla Lutra był to czynnik decydujący - bo w chrzcie Bóg przyjmuje człowieka do swej własności. Nawrócić się - dla pietystów i ruchu charyzmatycznego to podstawa. Przeżyć chrzest Duchem Świętym i wieść święty żywot? Tak też zdają się twierdzić jeszcze inni chrześcijanie. Osiąganie zbawienia dla wielu chrześcijan będzie związane z czymś innym. Kto ma ten dobry model? Kto ma rację? Jak to będzie?

Prawdę mówiąc, nie wiem. I chyba nie chcę wiedzieć. Wiem jedno - na pewno nie zasługuję na to, by Bóg się nade mną zmiłował. Bo kiedy przepraszam Go za swoje grzechy, kiedy spowiadam się w kościele, kiedy przepraszam ludzi wokół za to, co złego im zrobiłem, gdy doświadczam pojednania z Chrystusem we Wieczerzy Pańskiej - to i tak pozostaję grzesznikiem, i tak za chwilę znowu czymś zgrzeszę - czy to myślą, mową, czy uczynkiem lub zaniedbaniem. Co wtedy? Co, jeśli zgrzeszę, a w sekundę później umrę na zawał, nie pojednawszy się z Bogiem, nie przeprosiwszy Go za mój grzech? Czy czeka mnie piekło?

Nie wiem. Pozostaje mi wierzyć w Boże zmiłowanie. W Jego łaskę, która objęła cały świat. Bo ja wierzę - tyle że moja wiara jest słaba. Moje życie jest w wielu aspektach daremne i pełne zakłamania. Mimo, że są tacy, których inspiruję, to wiem, iż wielu ludzi żyjących wokół mnie nie lubi mojej hipokryzji, często zbyt wysoko zadartego nosa. Daję ciała w relacjach międzyludzkich, życiu studenckim, służbie w Kościele. Zawodzę. Nie wiodę doskonałego żywota, z moich ust wychodzi wiele nieprzyzwoitych słów. Moje myśli są niezwykle zbrukane. Co zrobi ze mną Bóg, w którego wierzę, którego kocham, ale którego zawodzę niemal w każdej sekundzie swojego życia?

Trzymam się nadziei, iż mimo mojej beznadziejności zostanie mi udzielona sprawiedliwość Chrystusa. Wierzę, że w momencie sądu stanie za moimi plecami i przyzna się do mnie - mimo, że tak często się Go zapieram. Chciałbym też, by zrobił to w stosunku do moich bliskich, przyjaciół, znajomych. Również łaską objął tych, którzy byli słabi, nie poradzili sobie sami ze swoim życiem, których potępili ludzie, ale których Bóg jest w stanie usprawiedliwić. Kto wie, jak to będzie? Boża sprawiedliwość, Boża dobroć oraz Boże miłosierdzie wymyka się ludzkiemu rozumieniu oraz ziemskim kryteriom.

Są noce, gdy nie mogę spać (tak jak dzisiaj). Zadaję sobie wtedy pytania - a co np. z Hitlerem, Stalinem? Wydaje się, że oni przecież na pewno pójdą do piekła. Co jednak jeżeli przed śmiercią ruszyło ich sumienie i błagali Boga o przebaczenie? Przecież w luteranizmie nie ma rozróżnienia na grzechy mniejsze i większe. Grzech to grzech. Zabójstwo 22 tys. polskich oficerów jest takim samym przestąpieniem Bożego przykazania jak kłamstwo wobec swojego rodzica.

To wszystko tym mocniej przypomina mi, żeby nie potępiać tych, którzy żyją wokół mnie. Nie sądzić, nie oceniać. Ale jeżeli coś w moim odczuciu jest nie tak - zwrócić na to uwagę, napomnieć w duchu miłości (swoją drogą, piękny slogan). Nie zapominać jednak, iż jestem dokładnie takim samym grzesznikiem jak moja siostra lub brat. I tak samo jak ona i on potrzebuję Bożego zmiłowania. Tak samo potrzebuję napomnienia, ciągłego poszukiwania Bożej woli. Patrzmy na innych z miłością, bez świętego gniewu. Obym ja też starał się to robić.

sobota, 1 lutego 2014

more than fine

Zauważam, że im więcej się dzieje, tym mniej piszę. Dziwi mnie to - bo materiału do opisywania mam całkiem sporo. Wygląda na to, iż to po prostu brak czasu (bądź też umiejętnego jego rozplanowania) bierze górę. No nic. Czas na drugi wpis w tym 2014 roku - póki co bardzo dobrym roku.

Kilka myśli dotyczących minionego semestru i sesji: czasem pisanie kazania przypomina proces twórczy Mozarta (myśli przychodzą niemal automatycznie, słów jest tyle ile ma być, czuje się moc, spływającą niebiańską łaskę), a czasem udziela się nastrój Salieriego (brakuje pomysłu, nie da się połączyć słów w jedną całość, nie jest to przyjemne, człowiek zmaga się z tekstem i brakiem własnej inwencji. A wychodząc na ambonę nieustannie powtarza: "Boże, to jest totalna chała. Dałem ciała. Dopomóż, prowadź swe Słowo mocniej niż zwykle, uczyń te marne wypociny swym przesłaniem"). W trakcie tego semestru przeżyłem i jedno, i drugie. Dodatkowo przekonałem się, iż nie zawsze da się odpowiedzieć na wszystkie swoje pytania dotyczące tekstu kazalnego. Czasem zostawia się wątpliwości, stawia się pytania bez odpowiedzi. Bo kaznodzieja nie ma monopolu na prawdę. Sam zmaga się z Pismem Świętym. I sam oczekuje na pracę Ducha Świętego, po raz kolejny pokornie przyznając "nie pozjadałem wszystkich rozumów, nie byłem w stanie satysfakcjonująco zinterpretować tego fragmentu...".

Czasem dziedziny, które napawają niepokojem bądź niezrozumieniem (w moim przypadku filozofia religii) okazują się w bliskim spotkaniu czymś niezwykle inspirującym. Spojrzenie na religię z dystansem potrafi wiele rzeczy uświadomić. A gdy przekonuje się, iż religia to istotnie poczucie bezwarunkowej zależności od transcendentnego (czyli pochodzącego nie z tego świata, całkowicie innego od nas, pozaświatowego) Boga, nabywa pokory i zbożnego lęku przed Jego świętym majestatem. Ale kiedy okazuje się, iż ten odległy, święty, doskonały Bóg z własnej woli przemawia do człowieka, chce, by ten doświadczył Jego obecności, doznał Jego objawienia, ujrzał życiową moc bezgranicznego poświęcenia Jezusa Chrystusa - poczucie zależności przeradza się we wdzięczność oraz tęsknotę do przeżywania stanu bliskości, stanu bycia w Bożych bezpiecznych ramionach. Wiara w Boga jest czymś irracjonalnym - to oczywiste. Ale w moim odczuciu to właśnie ta irracjonalna wiara daje oparcie człowiekowi zarówno w dobrych, jak i złych chwilach. Inne systemy filozoficzne powstają, upadają, na chwilę rozjaśniają wątpliwości, by potem znów nie satysfakcjonować. Wierzę, że uniwersalne przesłanie chrześcijaństwa, niezmienne od 2000 lat mimo tego, iż nie da się naukowo udowodnić jego prawdziwości, potrafi postawić fundament pod nogami słabego, uwikłanego w swą egzystencję, człowieka.

Po raz kolejny przekonałem się, iż warto poświęcić czas na lekturę książek, skryptów, warto siedzieć na łóżku i w milczeniu wczytywać się w kolejne opisy poszczególnych wyznań chrześcijańskich, poglądy danych filozofów - warto w siebie inwestować, warto szukać impulsów, które mogą być motywacją i inspiracją dla własnych przemyśleń, wskazówką w duchowej drodze. Wierzę, iż poprzez te informacje Bóg również potrafi przemawiać do ludzi. Fajnie, że potem o tej wiedzy można z wykładowcami i kolegami wartościowo i treściwie dyskutować. Fajnie, że ta wiedza zostaje na tyle, żeby potem z egzaminu wyjść z satysfakcjonującą oceną ;)

Cieszę się, iż tą radością mogę dzielić się z innymi. Jestem im wdzięczny, że wspierają mnie modlitwami i ciepłymi słowami. To ważne, dodatkowo napędza, kolejny pozytywny bodziec do nauki.

Jest dobrze. A nawet więcej niż dobrze :)

P.S. Muzyka po raz kolejny okazała się bardzo inspirująca. Pod jej wpływem mam już kilka pomysłów na kazania przy okazji świąt wielkanocnych...


czwartek, 2 stycznia 2014

Dobry rok

2014. Jeszcze niedawno tak mocno oczekiwany.

A dziś? Ciężko stwierdzić. Bo gdy zacząłem podsumowywać rok 2013, to wyszło na to, że...

Był to rok zmian.
Rok COP-u (największej imprezy w jakiej kiedykolwiek wziąłem udział).
Rok wykładów na TE (największego - jak dotychczas - kaznodziejskiego wyzwania w moim życiu).
Rok praktyk w wielu różnych miejscach Polski.
Rok tzw. "małej ordynacji" (nabycia uprawnień do służby kaznodziejskiej do końca studiów).
Rok wątpliwości, narzekania, użalania się nad sobą, dręczenia przyjaciół ciągłym smędzeniem i oczekiwaniem pocieszenia.
Rok chwil zagubienia, podejmowania niezwykle pochopnych decyzji.
Rok ciemnej doliny.
Rok desperacji.
Rok Bożych odpowiedzi na modlitwy.
Rok wzruszeń.
Rok przypominania sobie, jak ważne są relacje międzyludzkie.
Rok towarzyszenia przyjaciołom - w radościach ale i w smutkach.
Rok poezji, sonetów, Turnau-owskich duchów.
Rok śpiewu - w najróżniejszych miejscach, konstelacjach, najróżniejszym repertuarze.
Rok naprawdę dobrej muzyki: Mansa, Stevena, Katherine, Josha, Smashu.
Rok poznania Matki, Red Johna.
Rok biegania, próby zmagania się ze swoją słabą wolą, reaktywowania tenisa.
Rok modlitewnego zapewnienia, które zmieniło wszystko.
Rok uśmiechu. Radości.
Rok realizacji marzeń - małych i dużych.
Rok Żółci.

Jeżeli jest jakaś piosenka, która wstrząsnęła moim światem (tych, których mnie poruszyły była po prostu cała masa...), to chyba będzie to właśnie kompozycja Mansa Zelmerlowa:


Bo mam wrażenie, że rozbite kawałeczki, części zostały złożone. 
Bo to był dobry rok.