środa, 28 listopada 2012

Piękno

Są w życiu momenty trudne, są momenty smutne. Bywają też takie neutralne. Całe szczęście, że zdarzają się chwile piękne, niezapomniane i zapierające dech w piersiach. Każdy z nas je przeżywa, inni częściej, inni rzadziej. Ale zawsze warto je sobie przypominać.

Kiedy w moje ręce trafiło Coldplay Live 2012 - zapis z trasy Mylo Xyloto - nie odczuwałem jakiegoś gigantycznego entuzjazmu. Po pierwsze - byłem na koncercie, więc swoje cudowne momenty już przeżyłem. Po drugie - byłem w kinie na pokazie tegoż DVD - móc obejrzeć coś takiego na dużym ekranie - bezcenne. Po trzecie - jestem zły z powodu zamieszania z moim zamówieniem. Dlatego podekscytowanie, z jakim wcześniej czekałem na premierę Live'a nieco spadło.

Okazało się, że całkowicie niesłusznie.

Oglądam DVD po raz trzeci w przeciągu niecałych 24 godzin. Niemal bez przerwy z głośników leci Coldplay. Czy to kwestia przypominania sobie tego, co przeżyłem 19 września na Stadionie Narodowym? Czy to kapitalna muzyka czwórki chłopaków z Anglii? Czy to kwestia świetnie zrobionego dokumentu, który pozwala zajrzeć za kulisy, pozwala na moment wczuć się w bycie gwiazdą rocka?

Myślę, że tak. Olbrzymim atutem Live 2012 jest to, że chłopaki opowiadają o tym, co dzieje się przed koncertem, co następuje po nim, jak wygląda ich czas gdy są w trasie a akurat nie grają. Sposób, w jaki opisują fakt stawania na scenie, momenty gdy cały stadion śpiewa z nimi, jest wyjątkowy. Fan dopuszczany jest za kulisy, dzieje się jego największe marzenie - może na chwile pobyć ze swoimi idolami, może usłyszeć nie tylko ich muzykę, ale też historię, jaka kryje się za tą muzyką.

Dobrze jest widzieć swój ulubiony (obok U2) zespół w świetnej formie, być może najlepszej od momentu powstania zespołu. Przynajmniej tak twierdzą chłopaki. Niesamowitą sprawą jest posłuchać porządnie zremasterowaną wersję swoich ulubionych piosenek.

Ale chyba najlepiej jest zobaczyć ponownie to, co się samemu przeżyło. Xylobandy, morze motylkowego konfetti w trakcie "In my place", magiczny początek "God put a smile upon your face", "Up in flames", razem z ludźmi z Glastonbury zaśpiewać utwór od którego się wszystkiego zaczęło... to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, iż dane mi było przeżyć coś niepowtarzalnego. Coś, czego jeszcze nigdy nie przeżyłem. A uczucie odczuwane w tamtej chwili może równać się z jedynie paroma sytuacjami w moim życiu, kiedy czułem się niemal bezgranicznie szczęśliwy.

Priceless. Takie momenty nie mają określonej wartości, one po prostu są bezcenne. Coldplay polecam każdemu :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz