czwartek, 8 listopada 2012

Leap cz.4 - "rozprawiając" się z pietyzmem po raz pierwszy

Kiedy pietysta próbuje "rozprawić się" ze swoim typem pobożności - nie zwiastuje to nic dobrego. Ale tytuł jest przewrotny. Chcę opisać najbliższe mojemu sercu zagadnienie teologiczne. Zagadnienie, na myśl o którym buzują we mnie emocje. Dlatego dzielę czwartą odsłonę cyklu "Leap" na co najmniej dwie części (jeśli nie więcej), w kolejnym odrobina historii i próba ukazania rdzennego pietyzmu (którego staram się być przedstawicielem), właściwego nadziejom jego twórcy - Jakuba Filipa Spenera. Zacznę jednak od próby przywołania samego pojęcia pietyzmu.

Pietyzm - pojęcie, które elektryzuje wiele głów. Niektórym otwiera się nóż w kieszeni, niektórzy uśmiechają się z politowaniem, niektórzy wybuchają świętym gniewem. Są też tacy, którzy skaczą z radości, unosząc w górę ręce i śpiewając pieśni uwielbienia. A idąc za Słownikiem Języka Polskiego pietyzm to:
1. wielka dbałość o coś, rzadziej o kogoś, wynikająca z głębokiego szacunku dla tej rzeczy lub osoby
2. ruch reformistyczny w Kościele luterańskim w XVII i XVIII w. dążący do rozbudzenia uczuć religijnych

Ja ogólnie zmieniłbym kolejność tychże pojęć, bo pierwszym był ruch reformistyczny, drugim określenie opisujące szacunek i dbałość, no ale mniejsza.

Zagadnienie, które chciałbym w tym wpisie poruszyć, dosyć spontanicznie nieoczekiwanie pojawiło się w mojej głowie - dokładnie rzecz biorąc w trakcie zajęć. Jak to czasem bywa, poruszyło mnie jedno zdanie, parafraza lub cytat z Karola Bartha: Chrystus ma mnie. Co za tym idzie, to nie ja mam Go w sercu, tylko On trzyma mnie w swoich ramionach.

No właśnie. Wchodzę tu na kurs kolizyjny z pewną (w moim odczuciu) dość zasadniczą i podstawową kwestią w pietyzmie - jako ludzie wierzący, ludzie świadomie wierzący, nawróceni - mamy Boga w naszym sercu, poprosiliśmy Go, żeby wszedł do naszego serca, zamieszkał w nim i na tej podstawie twierdzimy, że jesteśmy zbawieni. Użyłem tu liczby mnogiej, ponieważ uważam się za pietystę. Ale teraz nieco paszkwilnie i prowokacyjnie powiem, że zaczyna drażnić mnie ta pietystyczna terminologia, ten slang, swego rodzaju nowomowa, którą doskonale rozumieją ludzie przebywający w tymże kręgu, inni jednak, przebywający na zewnątrz, jej nie rozumieją. Tak samo jak w momencie gdy usłyszałem zdanie Chrystus ma mnie w swoich ramionach rozdrażniło mnie pojęcie zapraszania Jezusa do swojego serca. 

Ta fraza kojarzy mi się bezpośrednio z nauczycielami szkółek niedzielnych - tutaj generalizacja, bardzo wygodna i mało obiektywna. Ale nie wgłębiam się w szczegóły, nakreślam pewną kwestię. Otóż dzieci na szkółkach niedzielnych (przynajmniej za moich dziecięcych czasów, potem również w czasie kiedy pomagałem przy ich prowadzeniu) często słyszą zwrot że powinny zaprosić Pana Jezusa do swojego serca. Podkreśla się tu bardzo mocno aspekt decyzyjny, wybór człowieka, jego pójście za Bogiem. Niby w porządku... ale czy nie wchodzimy już tu w pewną zasługę człowieka? ;)

Argument, który pada przeciwko używaniu tej frazy w duszpasterstwie dzieci, jest prosty - dziecko zrobi dla swojej cioci, wujka ze szkółki niedzielnej wiele (czasem może i wszystko), więc automatycznie powie, że chce przyjąć Pana Jezusa do serca, choć może brzmieć to dla niego abstrakcyjnie. Pytanie, które automatycznie mi się nasuwa - czy nie jest to już pewnego rodzaju manipulacja, indoktrynacja? Ale z drugiej strony to oznaczałoby, że dzieciom w takim razie nie powinniśmy opowiadać historii biblijnych, nie powinniśmy ich ewangelizować - kolejne popularne pietystyczne słowo. Czasem czuję się w tej kwestii między młotem i kowadłem.

Za to w kwestii owego nawrócenia - to w sumie słowo klucz pietyzmu - mam raczej pewne stanowisko. Nie wychodziłem nigdzie do przodu, nie podnosiłem ręki, nie padałem na kolana, nie odczuwałem niesamowitego pokoju w sercu, nie czułem Bożego głosu mówiącego do mnie (to wszystko pietystyczne sformułowania). Wygląda na to, że nie przeżyłem jednego momentu, kiedy nawróciłem SIĘ - (podkreślenie celowe) niestety, w języku polskim przyjęło się wyrażenie w stronie zwrotnej. Mnie bliższy jest zwrot zostałem nawrócony - wyrażony tu aspekt bierności dobrze wpisuje się w luterańską naukę o usprawiedliwieniu z łaski, na które my, grzeszni ludzie, nie możemy zasłużyć. Od pewnego czasu z ostrożnością podchodzę do wychodzenia do przodu, podnoszenia ręki, przywoływania dokładnego terminu, kiedy zdecydowało się powiedzieć Bogu "tak". Dlaczego? O tym w kolejnych postach z cyklu "Leap".

Chrystus ma mnie. Dla mnie jest to sedno teologii i sedno wiary. Choćbym nie wiadomo co zrobił, choćbym nie wiadomo jak głęboko upadł, On jest. I On chce mnie podnieść. Chce być ze mną. Czy to nie jest niesamowite?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz