Dlaczego upadamy? Żeby ponownie się podnieść. Aby nauczyć się, jak wstać z kolan. By z dołka wyjść silniejszym, wyciągając nauczkę na przyszłość.
A co pozwala nam biec szybciej, niż jesteśmy w stanie? Co sprawia, że czujemy nagły przypływ mocy? Co pomaga nam pokonywać granice tego, co wydawać może się niemożliwym?
Nie jest to miłość, zachwyt, niezwykły talent, splot okoliczności.
Strach.
To on sprawia, że uciekamy jak najszybciej. To on nas mobilizuje. To za jego działaniem potrafimy osiągnąć coś, co jest nie do wykonania. Jeden z moich ulubionych bohaterów kinematografii (wywodzący się z komiksu), Batman, uosabia strach, opanowuje go, używa go do walki ze swoimi wrogami. On jest tym, który się nie boi. Przynajmniej w pierwszych dwóch częściach trylogii Christophera Nolana. Ale okazuje się, że to czyni z niego niekompletnego Mrocznego Rycerza. By ostatecznie zatriumfował nad złem, potrzebny jest mu właśnie strach.
Mam czasem wrażenie, że strach uważany jest za uczucie wyjątkowo pejoratywne, które zamiast dodawać nam siły, osłabia. Szczególnie w niektórych środowiskach padają stwierdzenia, że chrześcijanin nie powinien się bać, że nie ma się czego bać, w końcu ma Boga po swojej stronie. Wielokrotnie w Psalmach padają stwierdzenia typu: Gdy Pan jest ze mną, nie lękam się wcale, cóż może uczynić mi człowiek? I przyznam się wam, że zastanawiając się nad strachem doszedłem do wniosku, że wcale nie jest to takie jednoznaczne.
Owszem, mając Boga po naszej stronie, jesteśmy w stanie odczuwać Jego pomoc, Jego pokój. To On w swojej mocy potrafi przeprowadzić nas przez trudne egzaminy, krytyczne momenty życia, chwile zwątpienia i skargi. Przecież jednym ze zwrotów jaki Jezus kieruje do swoich uczniów (szczególnie po wskrzeszeniu z martwych) jest Nie bójcie się! albo Pokój wam! Moc Boża potrafi niwelować strach, potrafi nad nim panować.
Z drugiej strony, wydaje mi się, iż strach jest bardzo ludzkim odczuciem. I mamy pełne prawo do tego, by je odczuwać. Strach potrafi być wyjątkowo skutecznym motorem do tego, by zrobić coś ważnego, koniecznego do tego, by przeżyć. W języku polskim istnieje przysłowie "jak trwoga, to do Boga" - zdarza się, że jest wypowiadane z przekąsem, świadcząc źle o człowieku, który do Boga przychodzi tylko w momentach trudnych, gdy problemy go przygniatają. Ale ja osobiście uważam, że na całe szczęście człowiek przychodzi do Boga w trwodze! Całe szczęście, iż zdaje sobie sprawę z istnienia instancji, która przewyższa strach, do której właśnie w sytuacjach trudnych można się zwrócić (oczywiście, najlepiej byłoby, gdybyśmy zwracali się do Niego zawsze, w chwilach dobrych i złych).
Czytamy w ewangeliach, że nasz Zbawiciel również się bał. Bał się tak bardzo, że aż pocił się krwią (krwawy pot to zjawisko potwierdzone naukowo - w chwilach gigantycznego stresu człowiek może pocić się krwią), odczuwał ten sam strach, co my. Dodatkowo, mam wrażenie, że nawet większy był ten strach niż nasz. Bóg-człowiek, który się boi. Niezwykle sugestywny obraz, który mnie ujmuje. I tenże Chrystus daje nam przykład, jak w chwilach trwogi się zachować - przychodzić do Ojca z modlitwą. W przypadku modlitwy w Ogrójcu Bóg posłał anioła, który umacniał Jezusa. A dziś? Często jest to osoba, czasem konkretny werset biblijny, może też piosenka z sugestywnymi słowami, a może jakiś inny cud, który odbiera nam mowę, przy okazji zabierając również strach.
W "Batmanie" strach odgrywa szczególną rolę. Myślę, że w naszym życiu też. Ja boję się naprawdę wielu rzeczy, związanych z otaczającym mnie światem, moją przyszłością itd. Często nie wiem co robić. W wielu momentach strach mnie paraliżuje, nie umiem nad nim zapanować. Ale może to dobrze. To pokazuje, jak niewiele potrafię, jak jestem ograniczony. A z drugiej strony - popycha mnie to do zaufania wyższej instancji. Wydaje mi się, że czasem warto się bać. Paradoksalnie.
Bo to może zbliżyć nas do Boga.
PS. Motywy Batmanowskie będą inspiracją również dla kolejnych wpisów ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz