środa, 17 października 2012

disgrace

Zdjęć tu nie będzie - wszystkie znajdziecie w necie albo i tak już je widzieliście.

Wybaczcie moje rozgoryczenie, ale spróbujcie postawić się w mojej sytuacji - macie 10 minut na to, by podjąć decyzję o pojawieniu się na Stadionie Narodowym na meczu Polska-Anglia. Nigdy nie mieliście okazji być na jakimkolwiek meczu i tu spada wam taka gwiazdka z nieba. Abstrahując od ceny (w końcu raz się żyje) zgodziłem się. Nie było to jakieś wielkie moje marzenie, ale na pewno wielka gratka dla takiego futbolowego fana jakim jestem.

Wczorajszy dzień pokazał, że mój pesymizm jest niesamowicie proroczy i nadawałbym się do szkoły prorockiej np. Daniela. Przed wyjściem gorzko żartowałem ze znajomymi, że znając moje szczęście, to albo się przeziębię, albo mnie okradną (jak przed Polska-Belgia, el. ME 2008), albo pobiją, albo z biletem będzie coś nie tak, albo Polacy dostaną tak sromotnie, że będę żałował, dlaczego w ogóle jestem na stadionie. Stało się jednak inaczej.

Stałem w ulewie pod Stadionem, bo wierzyłem, że będzie warto. Moje ciuchy suszą się już 10 godzin i ciągle są mokre. Wchodziłem mokrzuteńki na stadion (wodę z ubrań dało się wyciskać), z wiarą że warto. Już miałem dzwonić do najbliższych, żeby pochwalić się, gdzie jestem, gdy przyszła hiobowa wieść - meczu może nie być.

Patrząc na kałuże w bramce i przy wejściu na boisko (które z mojego miejsca były doskonale widoczne) - nie było szans, by mecz wczoraj został rozegrany. Posiedzieliśmy, ponarzekaliśmy, pośpiewaliśmy i pokrzyczeliśmy parę haseł w stronę organizatorów. Były momenty euforii (kiedy piłka odbijała się na środku boiska), były momenty zachwytu (kiedy dopingowaliśmy odważnych, którzy biegali po murawie, a do tej pory nudzący się techniczni próbowali ich gonić i lądowali z twarzami w wodzie), były momenty wściekłości (kiedy sędzia rzucał piłkę SPECJALNIE tam, gdzie było mnóstwo wody. Przecież były miejsca na murawie, gdzie było sucho! Czemu tam nie rzucał?), momenty, gdy odczuwaliśmy zbiorowy wstyd (o dziwo, nie za piłkarzy, ale za organizatorów). Praktycznie przerobiliśmy emocje typowe dla meczu. Poza tym, że mecz się nie odbył.

Chyba nie mam szczęścia do meczów naszej reprezentacji. To było podejście nr 2, podejście znowu nieudane. Czy kiedykolwiek zdecyduję się na podejście nr 3? Może. Ale już na pewno nie dzisiaj. Niemniej jednak, kiedy ludzie będą pytać - gdzie byłeś kiedy nasz kraj najadł się wstydu na cały świat, 16.10.2012? - to będę odpowiadał - na Stadionie.

Z tego miejsca pozdrawiam cię, Wojtku, i dziękuję, że mogliśmy się wczoraj spotkać. Szkoda, że okoliczności sprawiły, że nie było to spotkanie, o jakim marzyliśmy.

PS. Swoją drogą, DJ na Narodowym miał wyczucie, żeby w trakcie oczekiwania na decyzję w sprawie meczu puszczać "Every teardrop is a waterfall"...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz