Jeszcze tydzień temu byłem otoczony 60 dzieciakami, 16 Amerykanami i 14 polskimi opiekunami. Nie miałem czasu na to, aby na chwilę siąść i pomyśleć, ciągle coś się działo. Czasem nawet udanie się do toalety wymagało precyzyjnego planu :P
Teraz, owszem, jestem otoczony kilkoma tysiącami ludzi. Problem tylko taki, że ci ludzie śpią już snem wieczystym. Tak. Mieszkam na cmentarzu.
Tydzień temu każdy posiłek rozpoczynałem śpiewaną modlitwą stołową i pozostali do mnie dołączali.
Teraz, gdy siadam do pustego stołu, nie mam nawet komu powiedzieć smacznego.
Bywały tydzień temu momenty, kiedy czas biegł tak szybko, że byłem w stanie potakiwać starszemu pokoleniu, które non stop powtarza, iż "teraz czas tak szybko leci...". Brakowało czasu żeby spokojnie pobyć z samym sobą i pomyśleć.
Teraz tego czasu jest aż nadto. I mam wrażenie, że czasem czas staje w miejscu. No i przebywam głównie sam ze sobą. I mogę w spokoju pomyśleć - brakowało mi tego.
W sumie minęło dopiero kilka dni, jak jestem w mojej pustelni. Ciężko więc w pełni oceniać ten czas, wiele przecież jeszcze może się stać. Jedno jest jednak pewne i widoczne na pierwszy rzut oka - między obozem a pustelnią istnieje olbrzymi kontrast. I teraz tylko od punktu widzenia zależy, czy jest to dobry czy zły kontrast. A może wcale nie musi być takiego rozróżnienia?
Myślę, że to wszystko, co nas spotyka, ma jakiś cel. Często dostrzegam go od początku. Czasem potrzebuję czasu, żeby go pojąć. Bywają też momenty, kiedy do dziś nie rozumiem, dlaczego się coś stało, dlaczego dane zdarzenie miało miejsce (choćby zamieszania zdrowotne w trakcie tegorocznego obozu). Myślę jednak, że wszystko ma Boży cel, którego chwilowo jeszcze nie widzę. Każde doświadczenie nas kształtuje, wzmacnia nasz charakter, pozwala uświadomić sobie, jak wiele mamy na co dzień, kogo zostawiliśmy w naszym domu i do kogo/czego będziemy wracać :) (i na co możemy mieć wciąż i wciąż nadzieję...)
P.S. Czasem brak internetu potrafi być błogosławieństwem. True story.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz