piątek, 25 kwietnia 2014

reset

Planowałem pełną goryczy notkę dotyczącą niezwykle kiepskiej postawy Barcelony w obecnym sezonie. Planowałem wylać swój żal, swoją frustrację, wszystkie bóle brzucha ze stresu, nerwów, wszystkie inwektywy rzucane pod adresem marnych w tym sezonie mistrzów Hiszpanii. Myślałem, że w ten sposób sobie ulżę, spróbuję to wszystko sobie wytłumaczyć, jakoś to uda mi się zrozumieć.

Po czym dostałem informację, że zmarł Tito Vilanova, były (zeszłoroczny) trener Barcy. No i nastąpił reset.

W obliczu takiej tragedii wygasają spory, wygasa frustracja. Pojawia się smutek, ból, poczucie pustki. I mimo, że tak mało go znałem, że był to tylko trener mojego ulubionego zespołu z odległej Katalonii, dziwnie się z tym wszystkim czułem. Owszem, sezon był masakryczny, przegraliśmy wszystko co dało się przegrać i to w jeden tydzień, w pożal-się-Boże stylu. Ale puenta walki Tito z nowotworem ślinianki miała być inna. Ten mecz, nieporównywalnie bardziej istotny, nieporównywalnie ważniejszy niż jakieś tam haratanie gały na zielonej murawie miał zakończyć się zwycięstwem życia nad śmiercią.

Stało się jednak inaczej.

Często od zawodowców wymaga się więcej niż od zwykłych śmiertelników. "Dostają tyle kasy, to niech zasuwają bez gadania na boisku" - powiadamy. Ale nie są oni przecież robotami. Na Barcelonę wylało się błoto hejtu, gdy odwołała mecz z Lechią Gdańsk. Powodem anulowania meczu była informacja o nawrocie choroby Tito. Od początku nie rozumiałem tak wielkiej frustracji. Człowiekowi wali się życie, zespół - w pewnym sensie jego rodzina - też odczuwa psychiczne konsekwencje tego wszystkiego, a okazuje się, iż najważniejszy jest biznes i zadowolenie kibiców? W moim odczuciu wtedy hasło "Mes que un club - więcej niż klub" znalazło zastosowanie w 100%. Życie trenera, Mistera zostało postawione wyżej niż biznes i kibice.

Dziś możemy gdybać, jaki wpływ na piłkarzy miała walka o życie Vilanovy. Można być może szukać tu podstaw gorszej gry, braku koncentracji. Ale ten rok jest wyjątkowo tragiczny - niedawno żona Andresa Iniesty poroniła. Piłkarz, nawet największy, nie jest robotem. Mówi się, że nic nie boli tak mocno, jak utrata własnych dzieci. Czy my, kibice, jesteśmy już na tyle wyzuci z ludzkich uczuć, że wymagamy od zwykłych śmiertelników wysiłku często ponad ich siły?

Jak ja czułbym się, gdyby bliska mi osoba walczyła o życie? Jakie ja głosiłbym kazania gdyby to moja żona poroniła? Jak wpłynęłoby to na moje funkcjonowanie?

Szkoda, że takie myśli, taki reset przychodzi za sprawą wielkiej tragedii rodziny Vilanovy. Żona straciła męża, dzieci straciły ojca. Kibice wreszcie zamilkną, przestaną wieszać psy na piłkarzach. Szkoda, że aby do tego doszło przyszło stanąć nad mogiłą skromnego, naturalnego, kulturalnego i inspirującego człowieka.

Barca przegrała sezon. W dramatycznie kiepskim stylu. Ale to straciło zupełnie znaczenie. Po raz kolejny w bolesny sposób wszystkim zostało uświadomione, co tak naprawdę w życiu ma sens, co jest najważniejsze. Nie trofea, nie ilość zer na koncie. Sens ma nasze istnienie i to, co z tym istnieniem robimy, jaki wpływ na świat wywieramy. I w Kim pokładamy nadzieję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz