15 stopni Celsjusza, słońce, urzekające miasto i świadomość, że tym razem to nie ja dam się temu miastu urzec, lecz sam spróbuję tak je przedstawić, by ktoś inny mógł poczuć się nim oczarowany. Zapowiadało się wspaniale.
Wilanów to wyjątkowe miejsce. Problem w tym, że przedwiośnie (oraz przedzimie) sprawia, iż roślinność dopiero co budzi się ze snu. Tym samym brak listków, krzewy są przerażająco nagie, żywopłotowe labirynty są nimi tylko z nazwy. Gdzieniegdzie przebijają się pierwsze krokusy - ale są osamotnione, przez co powstaje silne poczucie niedosytu. Nawet pewna ławeczka została zajęta przez dwie niezwykle głośno rozmawiające panie. Dodając do tego niesprzątnięte jeszcze świąteczne dekoracje po "Labiryncie światła" - Wilanów mógł zaprezentować się lepiej.
Dalej Łazienki. Tu również widać chłód przedwiośnia - mimo słońca, śpiewu ptaków brakuje jeszcze żyjącej i rozkwitającej roślinności. Pałac na Wodzie częściowo w rusztowaniu, słońce zaszło już nad oranżerią, temperatura spadła. Poza tym, nogi powoli odmawiają posłuszeństwa. Pora więc na Starbucks, Bracką, Plac Piłsudskiego i creme de la creme - Krakowskie Przedmieście. Pięknie, lecz męcząco.
A tu jeszcze wieczorem należy dotrzeć na Stare Miasto oraz Rynek Nowego Miasta. Magiczne miejsca robią wrażenie, niemniej jednak zmęczenie daje o sobie znać, dodatkowo dziwi widok wciąż ustrojonych choinek, budek z grzanym winem. Również taras widokowy nad Wisłą jest wyjątkowo głośny i tłoczny. Na szczęście na Rynku Nowego Miasta jest pusto i cicho. Taką Warszawę lubię najbardziej. Taką Warszawę chcę prezentować. Taka Warszawa potrafi urzekać. I chyba tak się dzieje.
Sobota to gwałtowna zmiana aury. Zimno - ok. 5, 6 stopni, prawdziwie bollywoodzka pogoda - czasem słońce, czasem deszcz. Pałac Kultury i jego taras widokowy w pierwszym momencie okazał się świetnym pomysłem - do momentu kiedy zaczęło PRZERAŹLIWIE wiać i padać. Ale warto było. Nie sądziłem, że podróż na 30. piętro minie tak szybko.
Empik i Sphinx jak zwykle stanęły na wysokości zadania. Dodatkowo doborowe towarzystwo również dodało uroku temu (pogodowo) kapryśnemu popołudniu. Malinowy chruśniak oraz tradycyjna wedlowska czekolada w oryginalnej kamienicy Emila Wedla mówią same za siebie. Wedel to Wedel, coś w rodzaju warszawskiego sacrum, obecnego w mojej rodzinie od ok. 40 lat. Tyle że ciągnęło zimnem od drzwi i klimatyzacji.
Niedziela rozpoczęta w kościele minęła chyba najszybciej. Subway na obiad okazał się dobrym pomysłem. O dziwo, nie sprawdziły się prognozy mówiące o intensywnych opadach deszczu. Warszawa żegnała dzień bezchmurnym niebem, z widocznymi gwiazdami. Pal licho, że autobusy jeździły szybciej, a metro się zepsuło. Niemniej jednak nadal nie znoszę drogi wiodącej na Dworzec Centralny. Dzisiaj to już w ogóle.
Sporo tu narzekania. A weekend był wspaniały. Spełniło się moje marzenie. Więc skąd to narzekanie? Cóż. Chyba dlatego, że weekend ma tylko 3 dni. To zdecydowanie za mało.
Za mało.
Niemniej, dziękuję, Panie Boże. Dziękuję za ogrom Twych błogosławieństw.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz