środa, 25 czerwca 2014

Łaskawość Tytusa/Łaskawość Boga

Przy okazji XXIV Festiwalu Mozartowskiego w Warszawie wybrałem się na operę mojego ulubionego kompozytora muzyki klasycznej. Jako że "Wesele Figara" rozsprzedało się bardzo szybko, "Don Giovanni" pojawi się dopiero po moim wyjeździe z Warszawy, padło na "Łaskawość Tytusa".

Poza tytułem, który gdzieś już kiedyś obił mi się o uszy, niewiele więcej wiedziałem o tej operze. Postanowiłem więc trochę przygotować się przed uczestnictwem w tym wydarzeniu. Akcja utworu dzieje się pod koniec I w. n.e. w trakcie panowania cezara Tytusa. Jest on znany ze swej łaskawości. Niestety, nie wszystkim jest to w smak. Zawiązuje się spisek na jego życie, zamachowcem zostaje jeden z jego najlepszych przyjaciół, kierowany miłosnymi afektami...

Tym, co w moim odczuciu jest w tej operze kluczowe - to fakt, iż Tytus znając zamachowca, mając przed sobą wyrok śmierci do podpisania, drze go na kawałki. Woli pozostać zapamiętanym ze względu na swą łaskawość niż ze względu na fakt karania śmiercią zamachowców. I mimo, iż cały dramat rozgrywa się w politeistycznym środowisku bogów rzymskich, nie byłem w stanie nie powiązać tej postawy z postępowaniem Boga, w którego wierzę.

Nie brakowało tam pewnego rodzaju aluzji chrześcijańskich - wstawiający się za zamachowcem przyjaciel cezara, lud wysławiający cezara za decyzję ułaskawienia, śpiewający na jego cześć uroczystą pieśń. Te aluzje tworzyły w mojej głowie sieć impulsów, refleksji, przemyśleń dotyczących mojego życia i nie tylko, poniekąd związanych z nauką do egzaminu z teologii Nowego Testamentu.

Każdy z nas doskonale zdaje sobie sprawę, iż ma swoje za uszami. Zmagamy się z nałogami, mało ciekawymi przypadłościami, czasem z nimi walczymy bądź próbujemy się z nimi pogodzić, często nawet je dowartościowując (opierając się być może na liberalnej interpretacji Biblii). Pojęcie grzechu mocno wypaczyło się w XXI wieku, staje się wręcz niepopularne, niepoprawne politycznie. Nawet jeżeli ewentualnie zgodzimy się na to obrzydliwe, stygmatyzujące słowo, to od razu dodamy, że każdy jest grzesznikiem i nic na to nie poradzimy. Ot, taka nasza grzeszna natura - i zakładamy zadowoleni ręce na piersi, mamy przecież usprawiedliwienie swojego dawania ciała.

Każdy z nas w mniej lub bardziej świadomy sposób buntuje się przeciwko Bogu. Każdy z nas w mniej lub bardziej świadomy sposób czci pracę, pieniądze, partnera/kę, zadowolenie z życia bardziej niż to, by te poprzednie wykorzystywać na Bożą chwałę. Każdy z nas upada. I czasem nam z tym dobrze, nie chcemy się podnosić.

"Łaskawość Tytusa" mówi jednak o czymś innym. Tam główny zamachowiec jest pełen żalu, rozdarcia, wręcz można by powiedzieć (za apostołem Pawłem) "czyni nie to co chce, lecz to, czego nienawidzi". Dokonuje zamachu na swego przyjaciela, bo dał się uwieść. A czy i podobnie nie jest z nami? Obalamy Boga z centralnego punktu naszego życia na rzecz mniej kluczowych rzeczy. Bo tak łatwiej, przyjemniej, wygodniej lub konieczniej. Pół biedy (ta świadomość jest niezwykle istotna), gdy czujemy się rozdarci i mamy poczucie winy (do akcji wkracza sumienie). Gorzej, gdy jest nam z tym dobrze, nie widzimy, że czyhający u drzwi grzech bez walki nas opanował.

Ktoś jednak powie "no taki już nasz stan, jesteśmy grzeszni, dopiero po śmierci będziemy doskonali, tutaj jesteśmy bezsilni". I będzie miał rację. Problem w tym, iż w moim odczuciu nie możemy tego traktować jako naszego usprawiedliwienia. Nie może się to stać naszą wymówką. Na wielu kartach Pisma Świętego padają słowa określające Kościół jako lud święty - bo to, co ma kontakt z Bogiem, ma dążyć do świętości, ma dążyć do wiary i etycznej doskonałości. Nie ma siedzieć z założonymi rękami. Ma naśladować Jezusa Chrystusa, wzór życia i postępowania. Ma reagować na poczucie winy spowodowane daniem ciała. Ma szukać pociechy i wsparcia w Bożym Duchu. Ma nieustannie iść do przodu, rozwijać się, utrzymywać w ruchu proces zbawienia. Bycie chrześcijaninem to ciągłe wyzwanie. Wyzwanie do bycia świadectwem, do oddawania Bogu chwały, świadczenia o tym, że jest się świątynią Ducha Świętego.

I wiem, że to cholernie trudne. Niejednokrotnie jest mi wstyd za to, że Duch Święty mieszka w tak wielkim bajzlu. I też często szukam wymówek "jestem słaby, grzeszny, no co ja mogę?". Ale widzę po sobie jak wiele dobrych rzeczy jestem w stanie z pomocą Ducha Bożego zrobić. Wierzę, że Bóg działa przeze mnie w świecie. A więc da się. Pytanie tylko, czy chcemy by to działanie Ducha przeniosło się na wszystkie elementy mojego życia. Pytanie, czy pieśń "Przyjdź, Duchu Święty, Stwórco, przyjdź!" śpiewamy tylko raz do roku, w święto Zesłania Ducha Świętego, czy może jest to nasza codzienna modlitwa, która wzywa nas do trzymania wysokich standardów moralnych. Bo - i mówię to z pełną świadomością jako częsty chałturnik - Bóg nie chce, abyśmy odwalali chałę. On chce, byśmy oddawali Mu chwałę. Zarówno w pietystycznej jak i ortodoksyjnej pobożności. Bo i jedni i drudzy są wezwani do doskonałości (której nie osiągnie się w pełni na ziemi, wiem, ale przecież mamy żyć dla Pana, prawda?). I tak jak np. dla naszych dziewczyn czy chłopaków jesteśmy w stanie przychylić nieba i staramy się być wsparciem, pocieszeniem, jesteśmy na każde zawołanie - w nieporównywalnie większym stopniu te same wspaniałe postawy kierujmy w Bożą stronę.

I tak na marginesie - bo w sumie od tego wyszedłem - największą nadzieję daje mi fakt, że akt oskarżenia, mój wyrok śmierci Bóg, niczym Tytus, rozdziera i okazuje swą łaskę. Mnie - buntownikowi, wrogowi Boga. Nic nie mogłem i nie mogę Mu dać, codziennie w jakimś elemencie mojego życia daję ciała - a On niszczy list oskarżający. I daje kolejną szansę. Wybacza przyjacielowi, który po raz kolejny się zbuntował i chciał Go obalić. Okazuje swą łaskawość. Cud. Wielka miłość. Niesamowite.

Warto było pójść do opery. Nie tylko dla pięknej Mozartowskiej muzyki, brawurowych arii w wykonaniu śpiewaków. Ale jak się okazało - również dla tak wartościowych i krzepiących impulsów dających się przełożyć na duchowe życie. Chwyćmy się tej łaski i niech nasza wiara będzie pełna dobrych uczynków świadczących o mocy naszego Boga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz