poniedziałek, 27 maja 2013

wyjątkowa wspólnota rodzinnego gniazda

Przeżyłem wyjątkowy weekend. Należałoby go podsumować.

Nie zrobię tego jednak chronologicznie, bo zacznę od niedzieli. Nabożeństwo z wartościowym kazaniem, oświecenie dotyczące wykładów na TE, pośpieszne pakowanie, pośpieszne jedzenie zupy, droga do Skoczowa, śpiew na 150-leciu poświęcenia kościoła,, w biegu prowadzone rozmowy, pośpieszny powrót, pośpieszne jedzenie kotleta, pośpieszne pożegnania z rodzicami, podróż z kuzynostwem do Warszawy, czytanie o Grekach Filipkowi... sporo dziś się działo. Mój stosunek do dzieci wciąż się krystalizuje, niemniej jednak to przyjemne uczucie kiedy widzi się uwagę malca wsłuchującego się w treść czytanej książeczki.

Piątek to prezentacja Warszawy, Wedel, deszcz, wzruszający "Mój rower" oglądany wraz z rodzicami. Dużo skrajnych emocji, niezwykle ubogacających i zapadających w pamięć.

No i sobota. Dzień, który na trochę pozostanie mi w pamięci. I to nie tylko dlatego, iż na Wembley rozgrywany był finał Ligi Mistrzów. Mogłem wziąć udział w uroczystości rodzinnej, zjeździe (cóż, z tego gniazda się w zasadzie wywodzimy) Sztwiertniów. Dziękowaliśmy za 80 lat życia naszej kochanej cioci Milki. Jako że coraz rzadziej udaje mi się bywać na tego typu spotkaniach, coraz rzadziej jest okazja pobyć z długo niewidzianym kuzynostwem, wujostwem etc, jako że coraz mniej jest duchowych bohaterów wiary w naszej rodzinie (z pokolenia moich dziadków została ciocia Milka i wujek Józek) - tego typu momenty są wyjątkowo cenne. A kiedy dochodzi jeszcze świadomość, iż wszyscy gromadzą się w celu, by oddać Bogu chwałę, by uwielbiać Jego imię w rodzinnych szlagierach - można poczuć wyjątkowe dotknięcie innej rzeczywistości. Można powspominać dawne czasy, można pooglądać fotografie z minionej epoki, można na chwilę się zadumać, roześmiać, wzruszyć. Abstrahując od jedzenia (które swoją drogą było wyśmienite), przeżyłem osobiście ucztę duchową. A moim pierwszym i najlepszym skojarzeniem dotyczącym mojej rodziny, wywodzącej się z pnia Sztwiertniowego będzie jedno słowo - bogobojność. To, co moi pradziadkowie wpajali dziadkom, oni przekazali swoim dzieciom, a nasi rodzice w tym duchu wychowali nas. Tak bardzo się między sobą różnimy, w tak różnych okresach historii żyliśmy i żyjemy, mamy tak różne poglądy i zapatrywania na Kościół, politykę - a to nas łączy. Łączy nas świadomość, że nad nami znajduje się Ten, który wprawia w ruch słońce i gwiazdy. Ten, który kieruje naszymi krokami. Ten, dzięki któremu nasza rodzina się wspiera, jest ze sobą w chwilach dobrych i złych. Nad nami czuwa Bóg, do którego w każdym momencie ktoś ze Sztwiertniowej gałęzi się zwraca. Niezwykła wspólnota. Ceńmy ją sobie. Przecież życie jest tak kruche. "Z Bogiem bądźmy, aż się zejdziem znów...".

Jestem niezwykle Bogu wdzięczny za to, iż mogę być częścią tej wspólnoty. Ma ona na mnie duży wpływ, jest bardzo inspirująca. Chciałbym, aby kiedyś i mnie było dane budować (w myśl Varius Manx) najmniejsze państwo świata w duchu bogobojności, modlitewnej wytrwałości, otwartości na tych, którzy są wokół. Ale, paradoksalnie, pomimo tak wielu pozytywnych impulsów, takiego bogactwa pozytywnej obfitości, nadal czuję jakiś niedosyt.

Czegoś jest za mało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz