piątek, 10 maja 2013

wysłuchana modlitwa

Trudno pisać o pomnikach. Pomniki się stawia, a nie o nich dyskutuje. I właśnie z tego powodu od wtorku mam problem, żeby napisać o Niej.

Pomniki stawiamy w związku z wygranymi bitwami, ważnymi wydarzeniami, upamiętniamy znane, ważne persony, chcemy, by ich dziedzictwo, by pamięć o nich przetrwała. Nie wystarczy świadomość, iż przebywają (te wydarzenia/osoby) w naszych sercach, chcemy by inni przekonali się o ich wartości. Dlatego pozwalam sobie na kolejny bardzo osobisty wpis - po części abyście cenili sobie tych/abyśmy cenili sobie tych, którzy jeszcze tu z nami są i tak nas inspirują.

Jej całe życie można podsumować jednym słowem - poświęcenie. Poświęcała się swojej rodzinie, poświęcała się Bogu, poświęcała się swojemu mężowi, synowi i synowej, poświęcała się swoim wnukom, poświęcała się tym, którym gotowała na weselach, konfirmacjach, komuniach, pogrzebach, urodzinach. Była człowiekiem czynu, używając nomenklatury epoki, którą wspominała z rozrzewnieniem - była przodownikiem pracy.

Do tego wszystkiego była nie-sa-mo-wi-cie konserwatywną luteranką. Prawdę powiedziawszy, nie umiem w mojej pamięci przywołać nikogo innego, kto tak ściśle trzymałby się tego, co słyszał przez całe życie w Kościele, kto z takim zapamiętaniem powoływałby się na Biblię i perorując emocjonalnym tonem zawzięcie dyskutował z tymi, którzy przebywali nieopodal. Ciężko mi było też znaleźć osobę, z którą tak mocno w kilku kwestiach bym się nie zgadzał, ale z racji jej wieku, niezmienialności poglądów nie dążyłem do dyskusji.

Mimo że niejednokrotnie zwyczajnie nie umiałem jej zrozumieć, miałem przeświadczenie, że swój luterański konserwatyzm okazuje przede wszystkim w kwestii najistotniejszej - modlitwa była dla niej tym, czym oddech. Tak została wychowana, taki ideał realizowała również w swoim dojrzałym życiu. I mimo iż często przychodziła do Boga ze swoimi żalami, bólami i nie umiała zrozumieć pewnych Jego zrządzeń - cały czas dążyła do kontaktu z Nim. Ona gromadziła się POD Bożym Słowem - doskonale rozumiała to, że obcuje ze Świętością, że to jest inna rzeczywistość, która wymaga innego zachowania, powagi, koncentracji, że to nie jest takie hop siup. I myślę, że również jej przykład sprawił, iż w kształtowaniu się mojej pobożności zacząłem kłaść większy nacisk na to, by nie zapominać o tym, że Bóg jest Święty. Owszem, możemy traktować Go jako przyjaciela, ale obcujemy z mysterium - siłą tajemną, potężną, mysterium tremendum - siłą, której należy się bać, ale jednocześnie, idąc za Lutrem, należy tej sile, temu transcendentnemu Bogu ufać i miłować Go. Ona nie potrzebowała wielkich teologicznych i filozoficznych dysput by to zrozumieć. W takim duchu ją wychowano i tak też wychowywała swojego syna oraz próbowała wpływać na wnuki, które tak często nie umiały jej zrozumieć, bo funkcjonowały już w innej epoce i innej hermeneutyce - inaczej interpretowały Boga.

I tak sobie myślę, i to też pewnie zajmie moje myśli gdy stanę nad jej mogiłą, czy nasze młode pokolenie nie podchodzi zbyt lajtowo do Boga - naszego kumpla, przyjaciela, który poklepie po plecach, podrapie się w swą siwą brodę, pośle naszego braciszka Jezusa który zaświeci swoim błyszczącymi zębami w szerokim uśmiechu i przybije nam piątkę... a może to Ona miała rację? Może zapomnieliśmy o potędze, transcendencji, mocy naszego Boga? Może powinniśmy traktować Go z większą czcią i szacunkiem?

Ona była pomnikiem. Była instancją, która nie była nauczona by panikować w trudnych sytuacjach, by sobie z czymś nie dawać rady. Była tą, która inspirowała innych do większego wysiłku, do tego by zakasać rękawy i zmierzyć się z problemem. Może i była momentami trochę surowa. Ale wiem też, że i w ten sposób okazywała miłość, której doświadczała od Boga. Przywoływała do porządku - ale wypływało to z jej troski o jej najbliższych. Była pomnikiem, których dziś już coraz mniej. Pokolenie duchowych gigantów (tak, nie zawaham się tak powiedzieć!), modlitewnych bojowników, bohaterów wiary, domowych przywódców kończy się. Jest ich już coraz mniej. A czy nowe pokolenie wyrasta? Patrząc na siebie... mam duże wątpliwości. Żałuję, że tak rzadko udaje mi się naśladować przykład, który moi dziadkowie mi zostawili.

We wtorek w mojej najbliższej rodzinie w zasadzie skończyła się pewna epoka. Moi dziadkowie przebywają już w innej rzeczywistości. Wierzę, że są tam, gdzie i ja wierzę po śmierci się znaleźć. U potężnego, niczym nieograniczonego, ale i miłosiernego Boga. Bo właśnie o to, by mogła się u niego znaleźć, by On zabrał już ją do siebie, Babcia Hela prosiła swojego Pana. I we wtorek o 16.45 jej ostatnia modlitwa została wysłuchana.

P.S. Babciu, dzisiaj wszystko będzie tak jak należy. Spokojne, poważne pieśni przy organach, dużo ludzi w Kościele (w tym sporo młodych!), wszyscy ludzie elegancko ubrani, wszyscy pełni powagi, zadumania, świadomi tego, że stoją wobec Nieobjętego i nieuniknionego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz