niedziela, 10 czerwca 2012

w filadelfijskim zborzu*

Nie mam ochoty się pakować, tym bardziej uczyć, a do kolejnego meczu jeszcze chwilka - mogę więc krótko podzielić się wrażeniami z dzisiejszego nabożeństwa w Bielsku Białej.

Pierwszy raz byłem w kościele zielonoświątkowym na nabożeństwie (z zespołem CME prowadziliśmy tam uwielbienie aby podziękować za udostępnienie sali na próby - żeby się nikt nie oburzył że nie byłem na ewangelickim nabożeństwie ;)). Moim celem nie jest bynajmniej krytyka, złośliwość, cynizm i sarkazm, bądź też po prostu prymitywne pojechanie po tym co przeżyłem. Nie dążę również do stworzenia cukierkowego obrazu tego, czego byłem uczestnikiem. Postaram się w miarę jasno i mało prowokująco zebrać myśli i żeby było szybciej - będą to plusy i minusy.

+ fajne było to, że ludzie stali, wspólnie z nami głośno śpiewali
+ wymiar wspólnotowy - to naprawdę miłe, kiedy widzisz ludzi, którzy nie mają oporów żeby się po prostu ze sobą serdecznie przywitać i uśmiechnąć się w kościele
+ nie czułem się sztywno, nie bałem się że powiem coś za głośno albo coś zostanie odebrane za niestosowne zachowanie (a w naszych kościołach trzeba szeptać, lepiej się nie rozglądać, ogólnie - lepiej "nie przeszkadzać" w ogólnym tego słowa znaczeniu)
+ fajnie, że pomimo różnic możemy się wspólnie modlić do tego samego Boga i możemy szanować siebie nawzajem ;) (choć czasem można sobie pozwolić na docinki... :P)

- modlitewny szum i modlitwy językami. To jest chyba jedna z podstawowych rzeczy, jakiej zaakceptować nie umiem i chyba nie będę w stanie. Jeżeli modli się ktoś poproszony o modlitwę, dlaczego cała reszta zagłusza go swoimi cichszymi lub głośniejszymi modlitwami? Współczuję tym, którzy prowadzą główną modlitwę - jak mogą się na niej skupić, skoro sala brzęczy? Co do języków - jest napisane, że jeżeli nikt tego nie tłumaczy, to reszta się nie buduje. Ja osobiście mam bardzo sceptyczny stosunek (typowo luterański) do modlitwy językami. I nie wiem, co o niej myśleć. 
- akcentowanie tego, że nie chrzci się dzieci. Tak, wiem, od wielu, wielu lat toczy się o to spór. Wiem, że są różne punkty widzenia, jedni i drudzy powołują się na Biblię, Ducha Świętego, tradycję i so on. Ale ja uważam, że to Bóg jest stroną czynną w tym procesie, nie my. To On nas przyjmuje w chrzcie, a nie my Jego. A co jest z tym związane...
- ... (takie odniosłem wrażenie, było ono może mylne, ale na pewno przejawiło się w jednej z brzęczących modlitw) zbytnie przyznawanie sobie decyzyjności w procesie zbawienia. "Dziękuję, że znalazłem Twoją łaskę" - od razu odezwał się we mnie głos (luterski :P), że to przecież Boża łaska nas znalazła, a nie na odwrót. To Bóg nas znajduje, to On nas nawraca (a nie że my się nawracamy), to my przyjmujemy dar Bożej łaski i wiary. To Bóg jest podmiotem tego procesu, nie my. To On czyni krok i nie ma w tym ŻADNEJ naszej zasługi. 
- powtarzanie po każdym zdaniu "Amen, Hallelujah" jest męczące. Przynajmniej dla mnie, nieprzyzwyczajonego do tego stylu. 
- jestem zdecydowanym przeciwnikiem świadectw w trakcie nabożeństw/ewangelizacji (i to od dłuższego czasu). Dlaczego? Miałem już parę razy okazję coś takiego powiedzieć - i często zarzucano mi potem hipokryzję, wywyższanie się, pychę. Ja uważam, że powinniśmy w cichości robić swoje i czynami składać świadectwo naszego życia.
- brakowało mi introitu, Gloria Patri, Gloria in excelsis, Kyrie, tekstów ST/NT/E na daną niedzielę. Brakowało hasła na niedzielę. Brakowało końcowego błogosławieństwa Aarona. Brakowało życzenia pokoju, brakowało chwili na osobistą refleksję w ciszy, miałem wrażenie że ciągle się coś dzieje. Nie ma momentu na ciche zebranie myśli, na zatrzymanie się, wszystko pędziło. BRAKOWAŁO mi KOMUNII (wyszczególniam dlatego, że dla mnie są 2 centralne punkty nabo - zwiastowanie i Wieczerza Pańska). Czuję się związany z poszczególnymi częściami luterańskiego nabożeństwa. I jakoś trudno mi przeboleć ich brak ;)

Zdaję sobie sprawę, że moje opinie są być może dla wielu prowokacyjne, mylne, ostre, krzywdzące. Cóż. Żyjemy w wolnym kraju i mam prawo do tych opinii. W sporej mierze pochodzą one z luterańskiej dogmatyki (choć też nie do końca mogę się ze wszystkimi rzeczami zawartymi w Księgach Symbolicznych zgodzić, ale mniejsza o to), tak wierzę, tak czuję i uważam, że to jest w porządku ;) oczywiście - inni mają prawo do swoich osądów. Nie chcę tu z nikim walczyć, po prostu wyrażam swoje zdanie, no offense. 

Ogólnie - było to wartościowe doświadczenie. Poznałem kolejny kościół, kolejny kod liturgiczny (bo jakby nie było - nabożeństwo jest samo w sobie liturgią = służbą Bogu). Było fajnie. Ale jednak zielona atmosfera nie odpowiada raczej mojemu typowi pobożności. Jest zbyt... swobodna, że tak to ujmę ;), wolę większy porządek liturgiczny, pewne elementy nabo są mi niezbędne, chciałbym wiedzieć, do czego zmierzam, jak się to wszystko układa. Nie oznacza to jednak, że uważam ją za beznadziejną. Parę elementów przejąłbym (np. poczucie, że jestem w domu Ojca i mogę się w pełni swobodnie zachowywać (i nie zaprzeczam tu moim poprzednim opiniom o zbyt swobodnej atmosferze) - dla mnie atmosfera w naszych kościołach potrafi być trochę krępująca, kod kulturowy i społeczne oczekiwania są dla mnie nieco onieśmielające) od naszych młodszych braci w wierze, dodałbym dużą część luterańską i byłoby cudnie :P W każdym razie - po raz kolejny przekonałem się, że lepiej odnajduję się w kulturze luterańskiej niż zielonoświątkowej (mimo że są tacy, którzy twierdzą inaczej).

Ale dobrze, że zbór Filadelfia żyje, oddaje Bogu cześć i robi to w taki sposób, jaki uważa za odpowiedni. Należymy w końcu do kościoła powszechnego/chrześcijańskiego/katolickiego (notabene, wszyscy jesteśmy katolikami - "katolikos" z greckiego oznacza "powszechny" ;)), wierzymy w tego samego Boga. Niech ich Pan błogosławi :)



* to jest akurat nazwa wprowadzona przez Jaśka (zielonoświątkowca), który mówi "u nas w zborzu/zbożu" ;)

P.S. Torres jest bez formy, Hiszpania zagrała wyjątkowo frustrujący mecz. Muszą w kolejnych meczach coś zmienić, przyśpieszyć grę i nie wchodzić z piłką ze wszelką cenę do bramki... 

3 komentarze:

  1. Dużo sprzeczności w tym wpisie.
    Piszesz jako plus: "nie czułem się sztywno, nie bałem się że powiem coś za głośno albo coś zostanie odebrane za niestosowne zachowanie"
    a jako minus:
    "zielona atmosfera nie odpowiada raczej mojemu typowi pobożności. Jest zbyt... swobodna, że tak to ujmę"

    Co do "mówienia" "językami" to się zgadzam, więcej w tym "szpanu" niż ducha.
    Co do podkreślania chrztu to też mi bliżej do nich, ale to już wiesz.

    "jestem zdecydowanym przeciwnikiem świadectw w trakcie nabożeństw/ewangelizacji" ?!!?!?!?! - to co mówiła ta kobieta było świadectwem uzdrowienia i myślę że więcej ludzi przyszło do Boga słysząc takie i inne historie niż słuchając ględzącego księdza.

    Jeśli chodzi o moje uwagi i spostrzeżenia:
    *Byłem na nabo w zborzu drugi raz i za każdym razem byłem tam miło przyjęty. Atmosfera nie jest jakaś totalnie pojechana a wręcz przyjazna. Chcesz to śpiewasz i stoisz nie chcesz to robisz cos innego. Przyjacielską postawę i chęć współpracy widać nie tylko na nabo czy na próbach. Zbór z Bielska niezwykle mocno przyczynia się do organizacji tygodnia w Dziegielowie. To dzięki nim będziemy mieli kolejny raz sprzęt wart wiele tysięcy złotych zupełnie za darmo, bez większych ceregieli. Tymczasem pożyczenie kilku mikrofonów z niektórych parafii ewangelickich wiąże się z wypisaniem kilku podań i podpisania nie wiadomo ilu kartek...
    *wracając do nabo to chyba sam poczułeś różnice jaką daje śpiewanie z ludźmi którzy żywo włączają się w uwielbienie. Stoją klaszczą śpiewają. Miałeś kiedyś tak na nabo w naszym kościele? Było kilkakrotnie podkreślone że jesteśmy gośćmi ale nikt nie dał nam odczuć że nieproszonymi. Mama od Jaśka K. stwierdziła, że "w końcu sie Jej wizja uwielbiania spelnila" (co ciekawe spełnił ją zespół który ostatnio wydaje się nie mieć wizji...)
    *jeśli chodzi o zwiastowanie to nie wsłuchiwałem się jakoś mocno. Szkoda, że TymkoTeo nie mógł być. Denerwowała mnie maniera Jonasza - jak Wołoszański w sensacjach 20 wieku.

    Podsumowując. Myślę, że możemy się wiele nauczyć od zboru w BB. Począwszy od tego jak się powinno budować "kościoły" poprzez zarządzanie, aż do form lub ich braku.
    Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości będziemy mogli znów tam zagrać bo chyba wszystkim wyszło to na dobre.
    Pozdro

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już wyjaśniam ;) być może niezbyt dokładnie rozgraniczyłem atmosferę w kościele od atmosfery pobożnościowej - a to, moim zdaniem, dwie osobne kwestie. Atmosfera w kościele mi odpowiadała, nie czułem się skrępowany tym, że np. muszę szeptać, lepiej się nie rozglądać bo różnie to może zostać odebrane.
      Atmosfera pobożnościowa trochę mi nie odpowiada - nabo nie miało porządku, do jakiego się przyzwyczaiłem u nas, ktoś mógł wyjść i coś powiedzieć w trakcie, swoboda modlitewna która totalnie mnie dezorientowała. O to mi chodziło ;)

      Co do świadectw - akurat kłóciłbym się z tym, po czym więcej osób przychodzi do Boga (zresztą, o to chodzi? Żebyśmy nabijali statystyki takimi świadectwami?), po kazaniu czy świadectwie. Ja mam bardzo duży dystans do świadectw, a jeszcze większy do uzdrowień i proroctw. Ogólnie jestem bardzo sceptyczny wobec cudów (to pojęcie ostatnio bardzo się wypaczyło, nie musi już oznaczać czegoś ponadnaturalnego, nie do ogarnięcia. Pytanie, co powinno być naszym celem - głoszenie Słowa czy raczej opowiadanie o tym, co kto przeżył z Bogiem. Nie wiem, czy taka olbrzymia subiektywizacja przeżyć wiary musi być czymś koniecznym. Ja np. nie przeżyłem żadnego uzdrowienia, Bóg nie uwolnił mnie od alkoholizmu, nie miałem nigdy momentu nawrócenia, nie poczułem nagle wielkiego pokoju... z niewieloma historiami, które nazwijmy "świadectwami" mogłem się utożsamić. Często mówi się: "niech on/ona coś powie, bo to jest mocne!" - i zaczynamy grać na ludzkich emocjach. A wiara to nie tylko emocje. Owszem, jest to ważna część, ale nie można ciągnąć tylko i wyłącznie na nich. Tak przynajmniej uważam.

      Co do twoich uwag:
      1. Agree.
      2. Agree. Ale teraz wracamy do pytania o pobożność - jeżeli ludzie nie czują potrzeby takiego uwielbiania (bo nie jest to typowy kościelny śpiew), to nie będą wstawać, nie będą głośno śpiewać, nie będą klaskać. Ale czy to źle? Myślę, że nie. Chorały gregoriańskie dobrze zaśpiewane w kościołach z odpowiednią akustyką też niesamowicie chwytają za serce. Znakomity bachowski koncert organowy też potrafi ująć. Tak samo nasze ewangelickie, XVII/XVIII/XIX-wieczne pieśni, które mają czasem tak potężny tekst, niosą ze sobą tak gigantyczne przesłanie zaśpiewane w normalnym zborze w ławce też mogą nabrać mocy. Nie uważam, że CMowski typ uwielbienia jest najlepszy (a mam wrażenie, że niektórzy próbują takie opinie szerzyć, dyskredytując i niszcząc pozostałe typy śpiewu i liturgii). Ja się dobrze odnajduję nie tylko w nim, ale i w średniowiecznym jak i w XIX-wiecznym.
      3. Nie odniosłem się do zwiastowania, bo nie lubię publicznie "oceniać" kazań czy zwiastowań. Po prostu uważam, że nie jest to dobry sposób, dobry feedback dla zwiastującego. Ale do maniery się zgodzę. Również interpretacja Karmelu z Pieśnią nad Pieśniami dla mnie nieco zbyt odważna. I chyba bym z nią polemizował.

      Co do podsumowania - owszem, możemy się uczyć. Ale pamiętajmy też o swoim dziedzictwie (którego oni nie mają :P - przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. No offense!), swoich formach. Bo u nas wszystko się skądś bierze. I to nie tylko od KRK, ale w sporej mierze z tradycji pierwotnego kościoła. Nasze formy wcale nie muszą być złym koniecznym. Ja uważam, że mogą być czymś zupełnie odwrotnym :)

      Usuń
  2. coś czuję, że czeka nas miła dyskusja na najbliższej próbie :)

    OdpowiedzUsuń