piątek, 8 czerwca 2012

okruchowo

Pobitewny kurz opadł, medialna wrzawa ucichła (czego człowiek nie włączył, tam Euro), a w powietrzu takie dziwne uczucie, że dopiero co mistrzostwa się zaczęły, a już się skończyły.

Wierzyłem, bardzo mocno zresztą. Emocjonowałem się. Przeżywałem. Nie umiałem usiedzieć. Darłem się wniebogłosy po golu Lewandowskiego (moja radość przebiła tę z chwil tryumfów Barcelony), niesamowicie łajałem Greków za ich idiotyczne aktorzenie, cichłem po golu gości, przeklinałem po sytuacji ze Szczęsnym (zabarwienie negatywne) i zaraz po świetnej interwencji Tytonia (zabarwienie pozytywne). Krytykowałem Smudę za brak zmian, ubolewałem nad brakiem sił naszych Orłów. Czułem się rozczarowany, zrezygnowany i uszło ze mnie powietrze. Na szczęście Corsę udało się w końcu odpalić (pytanie, jak będzie jutro).

Wiem, że brałem udział w czymś epokowym. Jestem dumny z bycia Polakiem i kibicem naszej reprezentacji (rozegrali najlepszy mecz na wielkim turnieju w XXI wieku). Jak widać, nie można mieć wszystkiego. Żal jest, bo gdybyśmy złoili Grecję, wystarczyłoby pokonać Czechów i mielibyśmy awans w kieszeni. A tak?

We wtorek boję się solidnego lania. Rosjanie są w gazie, grają naprawdę ładną piłkę. Parę słabych punktów się znajdzie - ale czy jesteśmy na tyle mocni by je wykorzystać? Wątpię. Potrzebny będzie cud.
O pojedynku z Czechami ciężko cokolwiek mówić, bo nie wiadomo, czy będzie o czymkolwiek decydował. Najlepiej byłoby wziąć przykład z Rosjan ;)

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś nam uciekło między palcami, że koło nosa przemknęła nam wielka szansa. Euro, które tak fantastycznie rozpoczęliśmy w 17. minucie, straciliśmy już w minucie 50. (nie mówiąc już o dramacie z 69.). Żal. Ból. A mimo to - jakiś rodzaj dumy. Że nie dali ciała. Że nie spanikowali. Bo przecież pierwsza połowa była kapitalna, taka nie-nasza. Dziękuję ci, Robercie, że dałeś mi kilkanaście sekund orgazmicznego szaleństwa (w przenośni oczywiście). Jestem zawiedziony, ale dumny z bycia Polakiem, dzięki wam, Orły!

Co dalej? Oczywiście będę kibicował i wierzył w sukces naszych, ale z nieco mniejszym entuzjazmem i większym dystansem. Od niedzieli Euro zaczynają Hiszpanie - pod względem moich preferencji drużyna nr 2. Mimo, iż jest zmęczona, mało ostatnio widowiskowa, brakuje w niej kilku ważnych graczy, Torres nie jest w formie, a pozostali napastnicy nie grzeszą skutecznością, liczę, że będą w stanie grać swoje i wygrywać. 

Czas na chwilę wrócić do rzeczywistości (bo przecież nie będę się łudził, że przy tylu meczach da się normalnie funkcjonować :P). Jutro szykuje się równie interesująco jak dziś :) Pora więc spać przy taktach ujmującej, relaksującej i wyciszającej po tak olbrzymich emocjach, muzyki Petera Cincottiego

2 komentarze:

  1. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć... Czuję się oszukany. I nie chodzi o to, że uwierzyłem medialnemu pieprzeniu, że kadra jest świetna. Oni po prostu dobrze grali, zwycięstwo mieli podane na talerzu... Co jeszcze musi się wydarzyć, żeby Polacy wygrali mecz na ważnej imprezie i to w dodatku z jedną z najsłabszych drużyn?

    OdpowiedzUsuń
  2. Sam się nad tym zastanawiam... :/

    OdpowiedzUsuń