- życie. Ostatnio dni płyną mi bardzo szybko. Przyjazd do domu, zamieszanie związane z autem, zastępstwo w Nowym Sączu, dzisiejsza wyprawa do kina - życie pędzi. Nieustannie do przodu, a chwil by się zatrzymać naprawdę niewiele.
- pamięć. Uświadamiam sobie (szczególnie przez ostatni okres), że pewne rzeczy, które zostały mi w pamięci z wcześniejszych czasów, zupełnie nie odzwierciedlają rzeczywistości obecnej. Coś było wyższe, lepsze, ciekawsze, przytłaczające, inne. A teraz? Nie poznaję własnych obrazów z przeszłości.
- Bond. W moim odczuciu on też się zmienił. Nie pamiętam tych z Connerym, Moorem, Daltonem (może i mea culpa), za to doskonale wyryły się w pamięci te z Brosnanem i Craigiem. I przyznam, że Bond ("Skyfall") się zmienił. To nie jest już to kino, które było w poprzednich dziełach. Nie ma tu Bonda "rozrywkowego", dżentelmena w iście brytyjskim stylu. Bond stał się bardziej ludzki, realistyczny. I wcale nie odbieram tego jako wady. Dla mnie, osoby, która bardzo ceni realizm tworzenia postaci w kinie - jest to zmiana niezwykle owocna. Ale sentyment do Bonda - Brosnana pozostał ;) Bond przestał być kinem typowo rozrywkowym, dostarczającym wrażeń efektownych, zaczyna być kinem bardziej psychologizującym, kinem obrazującym człowiekowi dobitność zepsucia świata. Wcześniej przestępcy byli dla mnie nieco z kosmosu, jakby mało uchwytni w rzeczywistości. Obecny rywal Bonda przygnębia mnie, gdyż bierze się za działkę, która dotyczy w sumie każdego człowieka. "Skyfall" jest naprawdę świetny, ale inny od Bonda, który utkwił mi w pamięci. Może czas wyrzucić tę lekką impresję nienagannego, zawsze zadbanego, pięknego Bonda, który od czasu do czasu obije komuś twarz?
Bond, którego ukazuje "Skyfall" jest nareszcie mocno realny... dla miłośników klasyki stylu - niedopuszczalny, dla szukających czegoś więcej niż bajki dla dorosłych - zastanawiający. Świetnie nakręcony film, oparty na wspaniałych ujęciach, sprytnie zamykający pierwsze 50 i otwierający kolejne 50 lat w sposób przewrotny, gdyż to co dziś ukazano jako koniec stanowi początek tego co było kanwą w pierwszym filmie serii. Casino Royal było jakościową przemianą Bonda, przez odebranie mu całej bajkowości i pokazanie, że jego profesja jest prawdziwa i niezwykle bolesna, a jednocześnie przez zaistniałe okoliczności niezbędna. Miłego oglądania wszystkim i do zobaczenia na następnym Bondzie, które zagra (to już pewne) Craig.
OdpowiedzUsuńZ perspektywy zamknięcia 50 lat i otwarcia kolejnego półwiecza nie patrzyłem ;) natomiast nie wiem czy zauważyłeś/zauważyłaś kameralność tego Bonda. Mało miejsc, mało bohaterów w poszczególnych scenach, również motyw czarnego charakteru nie uderza w świat, tylko w MI6... tym też się to różni od poprzednich Bondów.
OdpowiedzUsuń