czwartek, 7 czerwca 2012

święty czas

Wreszcie. Po 5 latach od ogłoszenia w Cardiff, że to właśnie Polska i Ukraina zorganizują EURO 2012, nadszedł TEN CZAS.

Futbolowe święto.
Święty czas.
Moment, kiedy wszystko zamiera.
(i weź tu się człowieku ucz do sesji...)

Odkąd pamiętam, czas Mistrzostw Świata bądź Europy był dla mnie czymś niesamowitym, wyjątkowym i niezapomnianym.
W 1998 roku mając 7 lat śledziłem uważnie mecze na francuskim gruncie (do dziś pamiętam słowa mojej babci, która mówiła że w meczu Francja - RPA będzie kibicowała Francuzom, bo ma znajomego we Francji.) i przeżyłem pierwszą bolesną porażkę, kiedy to w finale moja Brazylia dostała łomot od gospodarzy.
2000 - Euro w Belgii i Holandii. To były piękne mistrzostwa... ech. Wspaniały, młody, bramkostrzelny Nuno Gomes - mój idol z dzieciństwa - grał nieziemsko. Ale Portugalia przegrała z obrzydliwymi Francuzami. A kiedy w drugim półfinale drugi mój idol - Patrick Kluivert - nie potrafił wykorzystać wraz z Holendrami 2 karnych w regulaminowym czasie gry i przegrał w konkursie rzutów karnych, myślałem, że gorzej być nie może. Było. Gdy Wiltord w finale wyrównał w 93. minucie, myślałem, że padnę. A jak David "nie umiem strzelać karnych" Trezeguet zdobył złotego gola - nie pozostało nic innego tylko płacz.
2002 - Polacy tak dostali w tyłek, że aż wstyd. Ale za to Francuzi pojechali szybciutko do domu, a jedyny i prawdziwy Ronaldo dał Brazylii mistrzostwo.
2004 - Znowu Nuno Gomes, znowu Portugalia krok od celu. Tym razem na jej drodze stanęli niesamowicie skuteczni Grecy...
2006 - Zidane pokazał swoje piękne, cudowne, najwspanialsze, niesamowicie męskie oblicze. Pokazał wszystkim, że jest najlepszym, największym, najbardziej grającym fair piłkarzem na świecie (wybaczcie ironię - nie ma piłkarza, którego bym tak nie znosił :P). A Włosi pokonali wrednych Francuzów i zostali mistrzami świata ;)
2008 - Espana! Na marginesie - tę imprezę transmitował głównie Polsat. I dlatego była średniawa.
2010 - Espana po raz drugi! Te mistrzostwa miały coś w sobie wyjątkowego. Myślę, że były naprawdę ciekawe i stały na wysokim poziomie.

A co z 2012? Ciężko powiedzieć. Moim jedynym marzeniem jest, by Polacy wyszli z grupy i sprawili swoją grą miłą niespodziankę całej Polsce. Mam nadzieję, że jutro o tej porze będziemy świętować zwycięstwo nad Grecją. Że nie będziemy musieli śpiewać "nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało". I że będą to piękne mistrzostwa. Jutro będę blogował na żywo od rana jak wstanę i mam nadzieję, że będzie to historyczna relacja ;)

Oby się chłopaki nie spalili z nerwów. Ale myślę, że jak cały Narodowy ryknie "Mazurka Dąbrowskiego", to Grekom się pełno w portkach zrobi. No i oby zapowiedzi naszych, że zostawią serce na boisku, się sprawdziły. Niech wezmą przykład z naszych siatkarzy, którzy ostatnio znakomicie radzą sobie z presją. Jutro zwycięstwo jest możliwe. A jak wygramy jutro... to kto wie. :)


A dla podsycenia nastroju - filmik o pięknie futbolu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz