piątek, 13 stycznia 2012

post nr 110, klasycznie = filozoficznie

Raz na jakiś czas zdarza mi się noc, podczas której jakoś trudno zasnąć i wolę po prostu zebrać myśli. Ta jest właśnie jedną z nich.

Ostatnie dni były zdominowane myślami dotyczącymi śmierci babci, pustki w domu, ciszy, poczucia nienormalności. Dzwoniło do mnie sporo osób, by przekazać kondolencje, wiele osób pisało smsy, wysyłało wiadomości lub pisało na czacie na FB. Dodając do tego również to, że większość czasu spędzałem na rozmowach z moimi rodzicami - w sumie nie czułem się samotny. Chyba to dobrze, bo nikt nie lubi czuć się samotnym, szczególnie w chwilach bólu i doświadczenia.

Dużo ostatnio myślałem. O tym, czy życie powinno się toczyć swoim normalnym rytmem pomimo tak nagłych i szokujących niedzielnych wydarzeń. O tym, jak uniknąć patrzenia na zmarłą babcię. O tym, że na moim pogrzebie nie będę chciał żadnych kwiatów, świec, kosztownych nagrobków. O tym, że dziwnie się czułem stojąc na środku kaplicy i czekając wraz z rodziną na kondolencje (żeby zostać dobrze zrozumianym - było to dla mnie krępujące. Ale rozumiem, że taki jest zwyczaj, tak zachowuje się rodzina zmarłego/zmarłej). O tym, co się czuje, gdy się umiera.

Czy to boli? Czy po prostu się odpływa i człowiek budzi się w niebie? A może zasypia? (w końcu są spory teologiczne, czy od razu idziemy do nieba, czy dopiero zostaniemy wzbudzeni w momencie przyjścia Pana Jezusa) A może człowiek zasypia i budzi się w pustce, nie ma żadnego piekła ani nieba (cóż, mój sceptycyzm ma się nieźle i czasem lubi zadawać mojej wierze trudne pytania)? Żeby było jasne - wierzę w niebo i piekło ;)

(mały przerywnik muzyczny)

Parę razy zadawałem sobie pytanie, czy dobrze zrobiłem, zostając w domu na kilka dni przed pogrzebem. W końcu miałem we wtorek i środę zajęcia (a jako że nie lubię ich opuszczać - miałem lekki dyskomfort). Oczywistym dla mnie jest, że w życiu są rzeczy ważne i ważniejsze, ale mimo wszystko momentami miałem mętlik w głowie. Dziś raczej mam poczucie, że dokonałem dobrego wyboru. A wspólne chwile z moimi rodzicami tylko mnie w tym utwierdzają. I nie umiem sobie wyobrazić, że im nie towarzyszę, że nie ma mnie w domu.

Myślałem jeszcze dzisiaj, czy babci podobałby się jej pogrzeb. Hm. Piękne pieśni były? Były. Dużo ludzi w kaplicy? A i owszem, nawet hol był pełny. Dużo księży? Oj, dużo. Piękne kazanie? Dla mnie było bardzo budujące. Chór ładnie śpiewał? Tak, ładnie. Wszystko było dobrze słychać? Tak, na szczęście tuż przed pogrzebem wrócił prąd. Pogoda była dobra? Owszem. Ugoszczono zebranych czymś dobrym na spotkaniu popogrzebowym? Oj tak, gulasz był bardzo dobry (słowo wyjaśnienia - babcia zawsze pytała mnie, moją mamę czy mojego tatę co dostaliśmy do jedzenia na jakieś uroczystości itd. ;)). No więc wychodzi na to, że pogrzeb był piękny i spodobałby jej się. Ale tak naprawdę, czy te wszystkie pytania są ważne? Dziś dziękowaliśmy Panu Bogu za życie babci. Za to wszystko, czym nas dzięki łasce Boga obdarzyła, czego nas nauczyła, co mogliśmy razem z nią przeżyć.

Ale moje życie nie jest jednowymiarowe. Kilka razy padło dzisiaj sformułowanie: trzeba żyć dalej. Owszem. Dlatego moje myśli uciekały również w ostatnim czasie do moich przyjaciół w Warszawie, do zajęć, które mnie ominęły, do muzyki, w której szukałem wyciszenia, do podekscytowania wynikającego z koncertu Coldplay, do pisanych przeze mnie maili. Życie pędzi dalej, minione dni były okazją żeby się na momencik zatrzymać, skonfrontować ze smutkiem, wyciągnąć wnioski na przyszłość i ruszyć dalej. By być świadectwem, jakim była babcia. Myśli uciekały do nieuchronnie zbliżającej się sesji (co by nie mówić, boję się jej), do tego, co będę robił przez weekend. Trzeba wrócić do normalności, do szarego mainstreamu. Bez babci już tu, na ziemi, w swoim fotelu, ale z babcią w sercu. Mając w pamięci to, jak wielkim zachęceniem była dla wielu osób, które spotkała na swojej drodze.

Dla tych, którzy nie lubią mojej grafomanii - mój stan w pigułce:
1. Babci już nie ma.
2. Przez momencik czułem to, czego już dawno, daaaaaaaaawno nie doświadczyłem. Wow. Strasznie za tym motywem tęskniłem. Było pięknie. Ale trwało to przez dosłownie 2 mrugnięcia powieką.
3. Sesja u bram. Boję się.
4. Postanowiłem więcej pisać. O moich bliskich. Szczególnie tych, którzy żyją. W najbliższym czasie portrety najmłodszych w mojej rodzinie. Wszyscy się nimi zachwycają - przyszedł czas na mnie :P a mówiąc serio - dzieci potrafią skruszyć nawet najtwardszą skałę. Są fenomenalne. Opiszę więc to, co mnie skruszyło (i nadal kruszy).
5. Moja wyobraźnia płata mi figle. I dodatkowo mnie nakręca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz