czwartek, 3 stycznia 2013

ogień tragedii

Ogień ma wielką siłę. W moim odczuciu nawet gigantyczną, druzgocącą, bo nic po nim nie pozostaje, jedynie popiół.

I to właśnie krótka (ognista) scena z filmu "Elegia" zainspirowała mnie do krótkiego postu, dziś związanego z historią.

Józef Stalin powiedział kiedyś, że śmierć jednostki to tragedia. Śmierć miliona to statystyka. I o ile można się z sowieckim dyktatorem w 99,99% procentach nie zgadzać, można potępiać jego działalność, tak pod owym stwierdzeniem podpisuję się obiema rękami. Dlaczego?

Będąc uczniami szkół (podstawowych, gimnazjum, ponadgimnazjalnych) przyzwyczailiśmy się, że stałym elementem nauki historii jest zapoznawanie się z różnego typu wojnami. A jak wojna - to pojawia się statystyka ofiar. Być może do dziś pamiętamy, że pod Termopilami poległo 300 Spartan (choć czasem przypisuje się temu wydarzeniu znamiona legendy), podczas II Wojny Światowej zginęło 6 mln Polaków, 20 mln ludzi w całej Europie, podczas pacyfikacji kopalni Wujek w Katowicach 16 grudnia zginęło 9 górników. Dwóch polskich prezydentów zginęło w trakcie wykonywania swoich obowiązków, ponad 20 tys. polskich oficerów zostało zamordowanych przez Sowietów w lesie katyńskim (i innych miejscach) w marcu 1940 roku. W trakcie wojny chłopskiej w Niemczech w 1525 zginęło (wedle bardzo szacunkowych danych) od 100 do 130 tys. chłopów. Wskutek katastrofy smoleńskiej śmierć poniosło 96 osób. U schyłku II Wojny Światowej hitlerowcy spalili żywcem 32 żołnierzy Wojska Polskiego.

Być może znamy te daty na pamięć, nie są nam one obce. I co więcej - przyjmujemy je nadzwyczaj normalnie. Zresztą, gdy policja publikuje współcześnie dane dotyczące choćby ofiar śmiertelnych podczas świętowania Sylwestra - jest to dla nas normalne. Codziennie ktoś ginie. Czym się tu przejmować. Co z tego, że w Auschwitz zamordowano 1,5 mln ludzi?

Przyznam uczciwie, że na mnie te liczby również nie wywołują wielkiego wrażenia. Zapewne dlatego, że nie było mi dane (rany, jak to brzmi w tym kontekście...) przeżyć okropieństwa wojny. I chwała za to Bogu. Jednym z częściej powtarzanych zdań w trakcie rozmów z wczasowiczami podczas Świąt było: "Wy nie wiecie, co to wojna, co to głód, co to strach, wy sobie nie zdajecie w ogóle z tego sprawy, bo oglądacie tylko filmy i słuchacie wspomnień!". Trudno się z tym nie zgodzić. Wcale nie zamierzam rościć sobie prawa do tego, że wiem jak to jest, gdy dochodzi do wojny i cierpią na tym najbardziej cywile.

Niemniej jednak w ostatnim czasie pewne urywki, pewne obrazy, symbole poruszają mnie do głębi, przeszywają na wskroś. Choćby obejrzany wraz z wczasowiczami film przedstawiający ostatnie chwile Jana Husa, jego proces i śmierć na stosie. "Oczyszczający ogień", który pochłonął go dlatego, że głosił nauki zgodne z Pismem Świętym, ale nie będące po drodze z ówczesną linią dogmatyczną Kościoła Rzymsko-Katolickiego, dał mi do myślenia. Gdy się skończył, miałem ochotę komuś zwyczajnie po ludzku przyłożyć/ewentualnie mocno wtulić się w ramiona kogoś, kto jest mi bliski. Jako osoba urodzona, wychowana już w wolnej Polsce, gdzie panuje wolność poglądów, gdzie (takie przynajmniej mam wrażenie) nie doświadcza się cenzury nie umiem wyobrazić sobie, że kogoś zamyka się za przedstawiane opinie (poglądy faszystowskie, nazistowskie i skrajnie komunistyczne - typowe dla stalinizmu pod to nie podchodzą), co więcej - pozbawia się kogoś życia za to, iż myśli inaczej i chce Słowo Boże głosić w języku narodowym, przetłumaczył Biblię na język czeski. W mojej głowie jest to po prostu nie do ogarnięcia.

Podobnie jak to, że oglądając jedynie króciutki urywek "Elegii" obrazującej zdarzenie, kiedy hitlerowcy palą żywcem 32 żołnierzy polskich (akurat trafiłem na moment zabójstwa) po raz kolejny dostałem obuchem po głowie. Polali ich benzyną, obwiązali ręce drutem kolczastym, skupili w kole, koło obtoczyli ponownie drutem, wrzucili do stodoły i podpalili. Na tle wszystkich nazistowskich zbrodni ta wcale się nie wyróżnia. Ale ogień trawiący ciała, stodołę, ziemię po raz kolejny mnie przeszył. Po raz kolejny chciałem kogoś uderzyć albo znaleźć ukojenie dla mojej krzyczącej duszy w czyichś ramionach.

I po raz kolejny można te ofiary wtłoczyć w statystyki, umieścić na wykresie, w tabeli, oswoić się z nimi, przyjąć do wiadomości, I NIE DAJ BOŻE WYKUĆ NA PAMIĘĆ NA SPRAWDZIAN. Bo to najgorsza rzecz jaką można z tym zrobić - zazwyczaj to, czego musimy się nauczyć zupełnie do nas nie przemawia i chcemy o tym jak najszybciej zapomnieć.

A przecież 32 matki straciły swoich synów. 96 rodzin poniosło stratę, której nie da się już z powrotem wypełnić. Wierni Kaplicy Betlejemskiej w Pradzie straciły swojego duszpasterza. Wśród zabitych 9 górników byli ojcowie, synowie, bracia. Tysiące rodzin krzyczało z bólu, kiedy otrzymywały urzędowe pisma z Auschwitz informujące o śmierci najbliższych. Dla każdego, kto to przeżył, była to niewyobrażalna tragedia.

Tej tragedii nikomu nie życzę. Sobie również. Nie umiem jakoś wyobrazić sobie faktu, że wybucha wojna, jest potrzeba bym do ręki wziął karabin i ruszył do walki. Daj Boże, by hasło znajdujące się na Westerplatte "Nigdy więcej wojny" dla naszego kraju i kontynentu nigdy nie przestało być aktualne. Dlatego pamiętajmy o tym, co się stało, jak wiele rodzin, matek, ojców, synów, córek poniosło straty i doświadczyły nieporównywalnego z niczym dramatu. Pamiętajmy. I żyjmy tak, byśmy nigdy nie musieli tego doświadczyć.

Bo jak powiedział G. Santayana - kto nie zna historii, skazany jest na ponowne jej przeżycie. A to mogłoby się wiązać z tym, że wszystko i wszyscy, których kochamy, stanęli by w ogniu. Podobnie jak i my.

Dla zainteresowanych - "Elegia":


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz