czwartek, 5 kwietnia 2012

Leap cz.3 - Wieczerza

Jako że mamy dziś Wielki Czwartek - chciałbym napisać coś na temat tego, jak postrzegam Sakrament Ołtarza, jakie emocje we mnie wywołuje, co sądzę na temat Komunii w trakcie nabożeństwa. Temat jest związany z teologią, ale raczej chcę podejść do niego subiektywnie, osobiście.

Na początku przyznam, że moje podejście do Wieczerzy Pańskiej nieco ewoluowało. Będąc jeszcze małym chłopcem, bardzo nie lubiłem nabożeństw z Komunią. Wiedziałem, że przez to całość będzie trwała dłużej. Dlatego wypatrywałem, czy na ołtarzu stoją naczynia komunijne. Jeżeli nie - była radość. ;) no cóż. Bajtle z reguły nie lubią zbyt długo siedzieć w kościele.

Kiedy po raz pierwszy miałem możliwość przystąpić do Sakramentu Ołtarza (przy okazji konfirmacji), czułem, że jest to coś wyjątkowego. Nie dłużyło mi się, było to raczej niezwykłe przeżycie, coś takiego innego. Zastanawiałem się też, jak to jest z częstotliwością przystępowania, od czego to zależy itd. Stanęło na tym, że raz w Adwencie, raz w czasie pasyjnym, parę razy w ciągu roku, przy okazji np. ważnych wydarzeń rodzinnych czy jakichś wyjazdów. Moja świadomość była nieco uśpiona, niespecjalnie się tym interesowałem.

Wiele zmieniło się po osiągnięciu pełnoletności. Hm, w sumie nawet nie pamiętam dlaczego. Czy może to, że coraz poważniej myślałem o teologii? A może w końcu słowa mojego taty, gorąco zachęcającego uczestników nabożeństwa do tego, by skorzystali z zaproszenia Chrystusa, odniosły skutek? A może po prostu przekonanie od Boga, że moje podejście mogłoby być (i powinno) nieco inne? Nie wiem. Myślę, że wszystkie te powody nałożyły się na siebie.

Od tamtego czasu mam raczej jasno określony pogląd w tej kwestii: skoro podczas Wspólnoty Ołtarza przyjmujemy z, w i pod postacią chleba i wina (bardzo ważne 3 spójniki) przyjmujemy prawdziwe ciało i krew naszego Zbawiciela, Jezusa Chrystusa (jako luteranin wierzę właśnie w konsubstancjację), skoro Eucharystia (oj, być może niektórym ciśnienie poszło do góry, że luteranin używa takiego sformułowania - cóż, z greckiego eucharistein znaczy "dziękować" - myślę, że ewentualnie można tę nazwę zaakceptować :P choć spokojnie, do staroluteran mi daleko) wiąże się z dziękczynieniem Jezusowi za ten sakrament, który służy ku naszemu zbawieniu i wzmocnieniu, skoro przeżywamy wspólnotę nie tylko z Chrystusem, ale i z innymi wierzącymi - dlaczego mamy jej unikać, dlaczego mamy nie korzystać z każdej okazji, by się wzmocnić, by zbliżyć się do naszego Pana?

Słyszałem kiedyś fajne porównanie - Wieczerza Pańska to coś w rodzaju kolacji romantycznej. Nie jest ważne to, co jesz, ale ważna jest osoba, z którą spędzasz ten czas. Wiecie, to porównanie mnie mocno poruszyło. Przeżyłem parę romantycznych kolacji i w pełni zgadzam się z tym przykładem. I jeżeli przełożyć je na nasze chrześcijańskie życie... to Stół Pański staje się (cóż, cały czas nim był i jest!) niesamowitym, poruszającym i pięknym przeżyciem. Zdaję sobie sprawę z tego, iż nie możemy ciągle jeść romantycznych kolacji, bo nie na tym polega życie, bycie z kimś w relacji. Ale wiem, jak wyjątkowo się podczas nich czułem, jak wiele mi dawały. Podchodząc podobnie do Wieczerzy, wiem, jak wiele one mi dają, jak często wychodzę z nich naprawdę mocno pokrzepiony. Wtedy, kiedy czuję się bezsilny, Bóg często daje wielkiego kopa do działania. Wtedy, kiedy chcę Mu za coś podziękować, mogę z uśmiechem przyjąć Jego ciało i krew.

Właśnie - czy aby na pewno z radością? Przyjęło się (no chyba że jest to jakiś mój chory wymysł), iż do Komunii idzie się poważnym, patrzy raczej w ziemię, nie ma mowy o uśmiechu, kontakcie z innymi, którzy przystępują. Być może wy macie inne doświadczenia. Niejednokrotnie społeczność Stołu Pańskiego mnie trochę krępuje. Czasem chciałbym się uśmiechnąć, ale nie wiem, czy byłoby to właściwym. Chciałbym czasem usłyszeć w trakcie dystrybucji "I still haven't found what I'm looking for", "Where the streets have no name" albo "Speechless" (są w Irlandii lub USA takie miejsca, gdzie odtwarza się podczas dystrybucji te kawałki). Chciałbym, żeby było to dla ludzi radosne przeżycie. Nie wiem, może jest, a ja tego nie widzę i zupełnie rozmijam się w ogólnym pojmowaniu Komunii.

I ogólnie uważam, że Wieczerza Pańska powinna być w trakcie każdego nabożeństwa. I wydaje mi się, że fajnie, gdybyśmy przystępowali do niej jak najczęściej. (ze mną jest różnie - niekoniecznie biorę w niej zawsze udział. Ale staram się przełamywać, próbuję odwzajemniać zaproszenie Chrystusa. Nie zawsze to wychodzi. Ale się staram.) I fajnie, gdybyśmy traktowali to jako coś wyjątkowo wyjątkowego. Bo to jest niesamowity skarb. Wszyscy potrzebujemy Chrystusa. A On również poprzez Komunię do nas przychodzi.

Skorzystamy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz