środa, 19 stycznia 2011

111

Dziś mija 111. dzień od momentu, kiedy przeniosłem się do Wawy i łatwiej znaleźć mnie w stolicy niż na południu Polski. W związku z tym, że pierwsza część sesji jest już za mną, postanowiłem to uczcić. Wybrałem się więc do Pijalni czekolady Wedla.

Ostatni raz byłem tam 26 lipca (no dobra, w październiku też byłem, ale nie w pijalni, więc to się nie liczy). I przy okazji czekania na moje zamówienie wróciłem do tamtego deszczowego poniedziałku, olbrzymiej i przygniatającej Warszawy, moich rodziców oraz mojego kiepskiego nastroju... Cóż. Zeszłoroczne wakacje nie były jakimś niesamowitym okresem w moim życiu. Głównie ze względu na tęsknotę, strachem związanym ze studiami.

Tak więc siedziałem na krześle obok moich rodziców, mały, smutny, zagubiony, zniechęcony, pozbawiony jakiejkolwiek pewności siebie. Każda myśl związana z miejscem/miastem, w jakim się znajdowałem, wywoływała skurcze żołądka. Moja twarz rozjaśniła się dopiero wtedy, kiedy postawiono przede mną "Truskawkowy kaprys". Wyśmienity deser ;) Rozjaśnił nieco moje oblicze, posłał jakiś dobry motyw w moją stronę. No i przede wszystkim rewelacyjnie smakował.

I znów Wedel. Tym razem w środowy, odrobinę śnieżny wieczór. 19. stycznia 2011 rok. Tyle się zmieniło. No, może nie wszystko. Wciąż jestem mały (chyba już nie urosnę...) :P No i nie zmienił się "Truskawkowy kaprys" :) Równie wyśmienity, co poprzednio.
Ale patrząc na to z szerszej perspektywy - minęły ponad 3. miesiące od mojego przyjazdu do Wawy. Zaliczyłem większość rzeczy z pierwszej zimowej sesji, zaaklimatyzowałem się w akademiku, nawiązałem kilka fajnych znajomości, czuję się coraz pewniej, Warszawa już mnie nie przytłacza, wręcz przeciwnie - zakochałem się w niej i strasznie lubię po niej spacerować. Jest zupełnie inaczej niż w lipcu. Używając porównania wedlowskiego - Pan Bóg w swój cudowny sposób pyszną gorącą czekoladą z pianką wypełnił pustkę i strach, będący w moim sercu w lipcu. Było niedojrzale, zimno i szaro, zrobiło się dojrzalej, gorąco i czekoladowo. Dzięki Niemu. :) (czekoladę również polecam! ;))

Dla mnie to cud. Może taki zwykły, o jakim śpiewał Szcześniak. Ale po prostu cud. I guzik mnie to obchodzi, że pewnie według teologicznych kryteriów to żaden cud, tylko coś normalnego. Że to naturalna kolej rzeczy. Nie zgadzam się. Bo czucie i wiara silniej do mnie przemawia niż mędrca szkiełko i oko. (to tak w nawiązaniu do dzisiejszego porannego wykładu). Może i jestem kretynem, może nie rozumiem, jestem naiwny i głupi, ale jestem w tym szczęśliwy. I czuję, że to szczęście pochodzi od Boga. Drodzy teolodzy i tełolodzy - zamykajcie sobie Pana Boga w książkach, w wysokokościelnym pojmowaniu Jego obecności, narzucajcie nam poglądy, że do wszystkiego musimy podchodzić symbolicznie, a nie dosłownie. Miejcie tę teoretyczną wizję. Nikt wam nie broni. Spożywajcie "dary Boże", które tyle dla was znaczą. Siejcie wątpliwości, potrzebuję ich. Prowokujcie. Skłaniajcie do myślenia, patrzcie z wyższością.

Ale wiedzcie też, że nic nie zdoła odłączyć mnie od miłości Jezusa, który za mnie umarł. I bądźcie świadomi, że zdecydowanie więcej daje mi osobista relacja z Nim. Też go w ten sposób odkrywam, nie gorzej niż poprzez czytanie waszych opasłych i teoretycznych dzieł. I tego/Jego się będę trzymał!

Kaczor, pietysta (a może i pseudoneopietysta). :)

P.S. Zaczepił mnie dzisiaj na Nowym Świecie mnich z Hare Kriszna. Wyobraźcie sobie, że słyszał coś o ewangelikach! Byłem w szoku. Zachęcał mnie do przejrzenia ichniejszej literatury, pytał, czy mamy ewangelickich mnichów. Wiedział coś o nauczaniu Jezusa i zachęcał do tego, abym pogłębiał swoją wiarę. No i pożegnał mnie słowem "z Panem Bogiem!". Hm. Mocne. Bardzo sympatyczny facet. I oryginalne podejście do religii. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz