Długo nie pisałem. W sumie za bardzo nie było o czym. Ale dzisiaj zostałem zainspirowany wykładem dotyczącym socjologii moralnej do tego, by dać upust mojej narastającej frustracji, mojemu zdezorientowaniu, zaniepokojeniu. Wiecie, zastanawiam się, w jaką stronę zmierza ten świat. I już teraz, na wstępie, postawię tezę, że w złą.
Przyznam szczerze, że szokiem było dla mnie stwierdzenie, które padło w jednym artykule w "Wysokich Obcasach", że w XXI wieku, szczególnie w drugiej dekadzie, nie ma już czegoś takiego jak miłość ponad wszystko, miłość na całe życie. Została nam, ludziom, już tylko przyjaźń. Dzisiejszy świat (szczególnie Zachód) dochodzi do wniosku, że prędzej czy później ludzie zaczną rozmijać się w swoich celach, spojrzeniu na świat, ich związek zwyczajnie się wypali, seks z jedną osobą przestanie im wystarczać, będą potrzebowali mocniejszych doznań.
Równie skołowany poczułem się, gdy we Francji jedna z prawniczek zaapelowała, by ze słów przysięgi małżeńskiej wyrzucić wierność. Wierność przestaje już dziś być cechą konstytutywną małżeństwa. "Być wiernym komuś przez całe życie? Nawet w złych chwilach, kiedy związek przechodzi poważny kryzys? Dajcie spokój, to nie dla nas".
Podobnie trudno jest mi zaakceptować przeforsowanie związków partnerskich (i nie chodzi mi tu o związki jednopłciowe - to jest temat na inną dyskusję, inny czas). Zdaję sobie sprawę, iż w tym momencie ktoś gotów jest zmieszać mnie z błotem, twierdząc iż jestem nietolerancyjny, homofobiczny i co nie tylko, niemniej jednak pozwólcie mi uzasadnić swoje wątpliwości. Obserwujemy obecnie kryzys poczucia odpowiedzialności. Młodzi ludzie (ale nie tylko oni) nie chcą brać za siebie pełnej odpowiedzialności - przynajmniej ja tak to widzę. Nie chcą zawierać małżeństw, ślubować sobie (czy to w kościele czy w USC) wierności, towarzyszenia sobie w dobrych i złych chwilach. Wolą móc swobodnie się schodzić i rozstawać, bez żadnych prawnych komplikacji, wyrzutów sumienia. Bez walki o związek, bez próby przezwyciężania swoich słabości, bez próby poświęcenia się, zmiany dla tej drugiej osoby. I co ciekawe - chcą teraz ten brak odpowiedzialności zalegalizować - proszą państwo o pomoc. Może i jestem zacofanym konserwatystą, ale nikt nie każe im się pobierać. Nikt nie każe im ślubować sobie wierności. Ale dlaczego państwo powinno w takim razie im, bojącym się odpowiedzialności, błogosławić i nadawać przywileje? Przecież jeżeli chodzi o kwestię podawania danych w szpitalu, dziedziczenia majątku - można to załatwić w inny sposób, poprzez notariuszy itd itp. Związek partnerski to w moich oczach małżeństwo minus odpowiedzialność. Pójście na łatwiznę. Obniżenie standardów. Jak mi się przestanie dziewczyna podobać - rozstaniemy się. Jak mój facet przestanie być interesujący - rzucę go. A gdzie tu praca, gdzie poświęcenie, gdzie towarzyszenie sobie w trudnych momentach i wzajemne wspieranie się? Robert Górski w kabarecie przyrównał związek partnerski (nazywany gdzieniegdzie konkubinatem lub związkiem na kocią łapę) do relacji lochy i knura. Cóż. Śmieszne. Ale dla mnie w pewien sposób prawdziwe. (oj, chyba będą flejmy....)
W Skandynawii za to seks staje się czymś w rodzaju joginggu, pójścia do kina lub teatru, wspólnym obejrzeniem meczu - ludzie spotykają się by się ze sobą przespać. I nic więcej. Taki typowy one night stand, ale ku ogólnemu przyzwoleniu społecznemu (i co ciekawe - obecne to nawet na teologicznych uczelniach. Choć w sumie... czemu mnie to dziwi?). Widocznie źle mnie moi rodzice wychowali, bo uważam seks za coś wyjątkowego, odpowiedniego dla małżeństwa, element który spaja dwójkę kochających się ludzi (pomijam teraz seks przedmałżeński - tu też można długo dyskutować). Seks pozamałżeński, seks traktowany jako sport, jako tylko i wyłącznie zaspokojenie swoich potrzeb wywołuje wiele moich pytań. Nie wiem, czy powinno to zmierzać w tę stronę.
A w Holandii zaczyna walczyć się o to, by pedofilia została zalegalizowana i by nie ścigano pedofilów z urzędu. Doprawdy, nie wiem jak to skomentować.
Wszystkiemu winny jest mój konserwatyzm. Jestem nietolerancyjny, zacofany, pełen żółci w stosunku do ludzi, którzy przecież nie robią mi żadnej krzywdy. Wszystkiemu winna jest Biblia, która przecież powinna uczyć nas miłości do siebie nawzajem, a nie stygmatyzacji grzechem. Wszystkiemu winne jest nasze pruderyjne podejście do etyki seksualnej (choć przyznaję - średniowiecze wyrządziło seksowi, cielesności, intymności pomiędzy małżonkami olbrzymią krzywdę). Ktoś inny powie - słuchaj, ty nie jesteś w związku, nie sypiasz z dziewczyną, nie musisz się z nią użerać, wytrzymywać jej gorszych dni. Nie ponosisz za niej odpowiedzialności, nie ubiegasz się o kredyt, jesteś singlem - więc co o tym możesz wiedzieć? Z jednej strony racja. Z drugiej jednak mam swoje wyobrażenia co do związku, o którym marzę i liczę, że dane będzie mi kiedyś poznać osobę, z którą spędzę resztę swojego życia. Staram się również w przesłaniu Jezusa odnajdywać wskazówki, które pomogą mi tę ewentualną relację odpowiednio prowadzić. Owszem - nie mam teraz praktyki, co niejednokrotnie mnie dołuje, niemniej jednak uważam, że nawet w XXI wieku istnieje miłość, która trwa całe życie, że ludzie potrafią być ze sobą na dobre i na złe, że są w stanie się wspierać, że pracują nad swoim związkiem, że nadal są w sobie zakochani. Nie wierzycie? Cóż. Małżeństwo moich rodziców i mojego rodzeństwa niech będzie tu przykładem. Jestem dla nich wszystkich pełen podziwu i marzę o tym, by i mi było dane tworzyć tak wartościowe i inspirujące relacje, jakie mogę obserwować w moim rodzinnym domu oraz w domostwach mojego brata i bratowej oraz mojej siostry i szwagra.
Boję się tego, w którą stronę zmierza ten świat. Wierzę w małżeństwo, które oparte na fundamencie Chrystusa potrafi przetrwać wielkie burze. Wierzę, że gdy ludzie się kochają, Bóg jest obecny w ich relacji, pracują nad związkiem - wtedy nie muszą zawierać intercyz, myśleć o ewentualnym rozwodzie. Budują wtedy dom na skale. I ciągle nie umiem zrozumieć, dlaczego tak bardzo dzisiejszy świat (coraz częściej polskie media) promuje budowanie na piasku. Czy boimy się odpowiedzialności? Tak wygodni się staliśmy? Małżeństwo (to heteroseksualne) przestaje być modne. A nawet jak ludzie się hajtają, to niedługo potem spora część z nich się rozpada. Koniec miłości. Tylko przyjaźń, ewentualnie skrajny hedonistyczny seks. W porządku, ludzie mają do tego prawo, są wolni, mają wolną wolę. Ale dokąd zmierzasz, świecie? Zastanawia mnie tylko czy są w tym szczęśliwi. Czy czują, że to ma sens.
Bo gdy patrzę na moją rodzinę, to widzę w nich (w ich dzieciach) to, że małżeństwo, miłość na całe życie, świadomie podjęta (i wcale niełatwa) odpowiedzialność ma sens. I pobłogosławiona przez Boga daje szczęście. Tego chcę się uchwycić. I w sumie wam wszystkim (niezależnie od poglądów) tego życzę.
Pozdrawiam Piotrze i życzę Ci wszystkiego dobrego
OdpowiedzUsuńNa blog co jakiś czas wpadam i chętnie czytam
Dawid m
Wszystko ma swój czas:)
OdpowiedzUsuńCześć :)
OdpowiedzUsuńPo pierwszy raz cie zobaczylam na TE- Diegielow , i jakos cie polubilam :) , dzięki za twoje dopołudniowe wykłady, bardzo to ożywiłeś ;-)
Mam tylko jedno pytanie, gdzie można odsłuchać twoich wykładow? jezeli mozna..:D
oto kontakt na mnie ;-) mona.miki@email.cz