Pierwszy tekst z cyklu teologicznego
Cykl teologiczny nie ma ustalonego porządku. Nie istnieje kolejność tematów, które planuję poruszać. Po prostu piszę o tym, o czym myślę w określonym momencie. Dziś spróbuję zmierzyć się z tematem, który od wieków przysparza sporo kontrowersji, który od stuleci elektryzuje całe pokolenia, który od dwóch tysięcy lat rozpala głowy teologów, laików, ortodoksów, pietystów (te pojęcia zamierzam wyjaśnić już niedługo, może w kolejnych postach), katolików, zielonoświątkowców, adwentystów, luteran, ateistów, który doczekał się już przeniesienia na beletrystykę, bodaj został już parę razy zekranizowany (na pewno pewne elementy wykorzystano w paru filmach). Chodzi mi o NIEBO, kwestie eschatologiczne - czyli dotyczące czasów ostatecznych. Jeszcze tylko słowo o inspiracji - za temat odpowiada film "Odrobinę nieba".
Na temat nieba, eschatologii (przypominam - czasów ostatecznych - uczymy się nowych słów, moi drodzy ;)) napisano kuuuuuuuupę książek. I to przedstawiające różny punkt widzenia - np. pastora Henryka Turkanika i ks. Wacława Hryniewicza.
Podstawą myślenia o eschatologii, podstawą wyobrażeń o niebie jest oczywiście Objawienie, Apokalipsa ap. Jana. Ale jeżeli chodzi o samą kwestię apokalipsy, napotykamy na mały problem już na samym początku. Apokalipsa jako gatunek literacki pojawia się już w Starym Testamencie (choćby Iz 24-27 nazywany "Apokalipsą Izajasza") - i wcale nie musi być uważany za proroctwo, przepowiadanie tego, co nastąpi (bo myślę, że tak właśnie w większości kojarzymy dzisiaj słowo "apokalipsa" - z przepowiadaniem przyszłości). Apokalipsa jako gatunek charakteryzuje się tym, że często komentuje zastaną rzeczywistość, próbuje ją wytłumaczyć. Apokalipsa posługuje się mnóstwem symboli (a jak wiadomo - symbole są wieloznaczne), nawiązuje do kosmicznych elementów, jest również związana z pseudonimowością. Niekoniecznie musi zawierać wizję przyszłości - choć dziś zwykłym ludziom kojarzy się przeważnie z wizją końca świata.
Kolejny problem - kwestionowane autorstwo apostoła Jana. Być może był to on, być może ktoś z jego uczniów albo ktoś, kto wykorzystał autorytet Jana (obecny w starożytnym kościele), by uprawomocnić swoje dzieło. Ja wychodzę z założenia, że skoro Kościół uznał Objawienie za kanoniczne, natchnione - miał pewnie swoje powody i jestem w stanie się z nimi zgodzić.
Nie ulega wątpliwości, że Objawienie to najbardziej tajemnicza księga Biblii. Są tacy, którzy uważają, że opisywała ona sytuację Kościoła pod koniec I wieku n.e., są tacy, którzy twierdzą, że znakomicie opisuje nasze (ostateczne) czasy, są też tacy, którzy odbierają ją uniwersalnie. I w sumie ich rozumiem - od 2000 lat żyjemy w czasach ostatecznych. Każde pokolenie mówiło o sobie, że żyje w czasach, kiedy powtórne przyjście Jezusa jest bliskie. Tak mówili apostołowie, tak mówiono w średniowieczu, tak mówili Świadkowie Jehowy na początku XX wieku, tak mówiono w trakcie II Wojny Światowej, tak wiele osób mówi dzisiaj, twierdząc iż "proroctwa się wypełniają" - ale czy nie jest tak, że proroctwa wypełniają się cały czas? Mieliśmy w historii trzęsienia ziemi, wojny, głód, przemoc, rozpustę. To, że teraz media non stop nas o tym informują nie znaczy, że wcześniej tego nie było. Dlatego ja jestem ostrożny jeżeli chodzi o prorokowanie i przewidywanie, kiedy nastąpi koniec świata.
No właśnie - koniec świata. Jak to będzie? Są różne interpretacje. Dosłowne, metaforyczne. Pojawia się kwestia pochwycenia chrześcijan, potem 7 lat ucisku, panowanie Antychrysta i tryumfalny powrót Jezusa (taką wizję eksponuje seria "Left Behind" Lahaye'a). Możliwe? Hm. Może tak. Może nie. Ale uważam, że lepiej potraktować to jako fikcję literacką niż wyrocznię. Symbolika Apokalipsy jest tak niesamowicie skomplikowana, że sporym nadużyciem byłoby ją opacznie i dosłownie interpretować.
Wśród moich niektórych znajomych przewijają się poglądy, że maksymalnie czeka nas jeszcze 20 lat życia i nastąpi koniec. Ciekawi mnie to, na czym opierają swoje przekonanie. "Ludzie są źli, czasy są złe, Europa się sekularyzuje, kościoły są puste, atakuje się chrześcijan itd." - no ok. Ale ludzie byli źli w czasach ap. Pawła, Europa może i przestaje wierzyć, ale za to Afryka i Azja to obecnie ostoja chrześcijaństwa, chrześcijan atakowano 2000 lat temu, atakuje się ich dzisiaj. Zresztą, czy nie jest napisane "Syn Człowieczy przyjdzie jak złodziej w nocy, kiedy się nie spodziewacie"? Może właśnie teraz się tego spodziewamy i dlatego Pan Bóg zwleka? ;)
Ok, popłynąłem chyba nieco za daleko. Więc przechodzę do sedna moich myśli - ostatnio intrygują mnie opisy i wizje nieba, jakie są roztaczane w filmach, książkach, opiniach ludzi wygłaszających mowy na pogrzebach. Ogólnie - w większości dominuje apokatastaza. ACHTUNG! Mądre słowo. Apokatastaza - to dosłownie z greckiego "puste piekło". Czyli pogląd, który utrzymuje, że wszyscy będą zbawieni, nawet szatan. To myślenie pojawia się u Ojców Kościoła - np. Orygenesa i Grzegorza z Nysy (współcześnie uważa tak ks. Wacław Hryniewicz). Hm. Tak sobie czasem myślę, że może by mi to nie przeszkadzało. Przecież łaska Boża to dar Boga i może On robić sobie z tym, co Mu się żywnie podoba. Z drugiej strony - "UWIERZ, a będziesz zbawiony ty i twój dom" (Dz 16,31) - coś jednak musimy zrobić. (i moim zdaniem to nie jest semi-pelagianizm - czyli pogląd, że Bóg wykonuje jeden krok w stronę człowieka, a człowiek wykonuje krok w stronę Boga. Wiara to dar, zbawienie to prezent, który możemy przyjąć lub możemy odrzucić) Ogólnie nie wierzę w puste piekło, myślę, że będą zbawieni i potępieni, ale czy tak będzie? Nie wiem.
W każdym razie - nawet na pogrzebie Wisławy Szymborskiej została wyrażona nadzieja, że jest ona teraz w niebie i pali papierosy. Ciekawe ;) Nie chcę mówić, że jest to żałosny pogląd (bo to trochę za mocne słowa), ale lekka przesada - już tak. Niebo jako złote ulice - a może to tylko symbol, obraz? Może będzie inaczej? Niebo jako przestrzeń o wielkości 144 km kwadratowych - prawda czy fałsz? Może zbyt dosłowna interpretacja? Pewnym jest jedno - czego oko nie widziało, czego ucho nie słyszało - to szykuje Bóg tym, którzy są mu wierni. Po co więc spekulować? Dajmy się Bogu zaskoczyć! ;)
Myślę, że On ma ogólnie niezłą polewkę kiedy dywagujemy nad eschatologią. Czy Jezus przyjdzie na obłoku? Czy nastąpi to wtedy, kiedy Żydzi postanowią zbudować Świątynię na miejscu meczetu na Skale? Czy pojawi się Antychryst jako ogólnoświatowy lider? A co ze znakiem Bestii? Czy chipy to już tego znak? (osobiście byłbym skłonny to przyjąć za wypełniające się proroctwo...) A może lepiej skupić się na tym, czy jestem gotowy na koniec świata? Czy wiem, co ze mną będzie? Czy ufam Bogu i wiem, że On wszystko dobrze poprowadzi?
A "Odrobina nieba" to przyjemny film. Daje do myślenia. I przypomina o tym, by cenić tych, których się ma. Więc - kochani rodzice, rodzeństwo - dzięki że jesteście i mnie kochacie. Dziękuję Ci, Boże, za wszystkie błogosławieństwa. Też mam swoje 3 życzenia. Znasz je ;)
Ale Whoppi Goldberg w niebie, ziemia widziana z obłoków? Eeeee, say what? Nie kupuję tego :P
P.S. Jeżeli zgubiliście się w tym poście - nie przejmujcie się. Wiecie teraz, jak się czuję, kiedy próbuję ogarnąć to, co jest napisane o eschatologii i różnych interpretacjach nieba. Ogólnie rzecz biorąc - niezły kosmos. Myślę, że w tym wszystkim powinniśmy się trzymać tego, że Jezus jest Panem, który na krzyżu nas odkupił. Jeżeli w to wierzymy i to głosimy - dostąpimy życia wiecznego z Nim. I wtedy wszystkie ziemskie dywagacje nie będą miały znaczenia.
P.S.2. Kolejny post z cyklu Leap będzie prawdopodobnie dotyczył pietyzmu.
nie bój się na swoim blogu wyrażać ostrych swoich opinii.
OdpowiedzUsuńbo dużo tu o tym, że nie wiesz - nie oceniasz... a w sumie jestem ciekaw Twoich poglądów.
ja wierzę w 7-letni okres.
czy to zbyt dosłowne traktowanie Pisma Świętego ? być może...
ale ostatnio jak rozważałem te kwestie to stwierdziłem, że najważniejsze, żeby zostać zabranym przy pierwszym pochwyceniu. odchodzi wtedy zmartwienie z tym co dalej...
pytanie tylko - bardzo ważne - najważeniejsze - które z resztą zadajesz - czy ja jestem gotowy ?
bo koniec dla każdego z nas może być inny i niespodziewany, chociażby pod kołami na przejściu dla pieszych....
nie wiem czy jestem gotowy, i to mnie martwi...
swoją drogą tęsknię troszkę za Chatem i tym bełkotem z kategorii: "przyjmuje się, że autorem nie był autor, ale krąg jego uczniów, tzw szkoła tego-a-tego i widać późniejsze wpływy redakcji...' :)
A skąd te 144 km^2 ? Jeśli już dosłownie to bok miasta ma 12.000 stadiów. Trzeba doczytać w słowniku ile to "stadion" i pomnożyć.
OdpowiedzUsuńTo, że przywołałem te 144 km kwadratowe, nie oznacza, iż sam dokonywałem tych obliczeń ;) parę lat temu znalazłem opracowanie amerykańskich badaczy, którzy próbowali to wyliczyć.
OdpowiedzUsuńBardzo słuszna uwaga, że skoro trzymamy się dosłownie Pisma, to trzeba by policzyć, ile to 12.000 stadiów (stadion olimpijski - 192 metry. Czyli bok miasta miałby 2304 km - o ile dobrze liczę :P) Ja tylko przywołałem jedną z koncepcji.
przy czym tu chodziło bardziej o sześcian. cube.
OdpowiedzUsuń